>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Runy Xhodon.pl dostępne na Allegro!

Runy Xhodon.pl dostępne na Allegro! Aukcja pod poniższym linkiem:
LINK

>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Xhodon – gra w przeglądarce

Xhodon to gra fantasy z elementami strategii rozgrywana w przeglądarce. Gra rozgrywa się w baśniowym świecie
gdzie na początku wybierasz stronę konfliktu. Będzie to “Jasność” lub “Ciemność”. To bardzo ważny wybór bo w tej grze online są przewidziane magiczne przedmioty i bronie odpowiednie dla każdej strony konfliktu. Wybranie jasności lub ciemności ma też wpływ na wygląd maga, a także na wizerunki stworów które zaciągniesz do swojej armii. Następnym krokiem jest powołanie maga. Możesz wybrać płeć jak również dokonać korekty koloru jego szat. Posiadając już maga z magicznego jaja budujesz swój zamek.
lewa
Zamek oczywiście możesz rozwijać. Rozwój następuje poprzez surowce. W grze są cztery rodzaje surowca. “Esencja”, zwana potocznie zielem, kryształ kamień i złoto. Dzięki tym zasobą możesz tworzyć i rozwijać budowle które stworzą i udoskonalą obiekty związane z armią i gospodarką. Surowce można zyskiwać kilkoma niezależnymi ścieżkami. Stawiać budowle który umożliwią pozyskanie surowców w zamku, grabienie strażników, walka z innymi graczami, sprzedaż przedmiotów na rynku. Oprócz surowców do rozwoju zamku i armii potrzebna jest mana, energia która pozyskiwana jest z drzewa życia.

Armie same się nie poruszają. Aby mogły wyruszyć z zamku potrzebni śą śmiałkowie dowódcy. Po przywołaniu smiałkowie poprowadzą Twoje armie do władzy i potęgi. Gracze mogą się grupować w gildie. Zapewni im to wspieranie się w walce i ochronę. Oprócz tego każdy zaczynający grę gracz jest w ochronie dla początkujących aby ją przekroczyc musi uzyskać odpowiedni poziom doświadczenia lub wybudować dowolną budowlę na 10 poziom. Taką innowacją w grze mmorpg Xhodon jest fakt że gracze mogą łączyć swe armie w obozie warownym. Obóz warowny to zgrupowanie armii wielu graczy, może atakować wrogów, badź bronić wybranego gracza. Inną innowacją nie spotykaną w innych grach rozgrywanych w przeglądarce jest walka w lidze o artefakt. Wszyscy gracze zarejestrowani w grze są przypisani do lig. Co miesiąc gra rozrzuca losowowo artefakty na mapie. Artefakty są trzy.
tree_giant
Jeden opowiada za większy przyrost mocy, drugi za przyrost ziela i kryształu, trzeci za przyrost złota i kamienia. Zdobyty artefakt wpływa na wydobycie surowca nie tylko u gracza ale zwiększa procentowo wydobycie w całej gildii do której gracz może być przypisany. Gracze do ligii są kwalifikowani na podstawie punktów doświadczenia. Co miesiąc następuje przeliczenie lig tak więc gracz ma możliwość awansu do wyższej ligii. Zapraszamy do gry i zagłębienia się w ten baśniowy świat fantasy.

>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Dawno, dawno temu…..

Dawno, dawno temu, w czasach wielkich smoków i wspaniałych magów, żył chłopiec o imieniu Demonq. Był raczej krępy, miał blond włosy i oczy przypominające swym odcieniem toń oceanu. Wychował się w mieście Goldgate którego nazwa pochodziła od wspaniałej złotej bramy znajdującej się na czele królestwa. Goldgate było miastem otoczonym wielkimi murami, bardzo ciężkimi do sforsowania. Otoczone było pięknymi górskimi krainami, w których urodzili się najwspanialsi magowie, a ich imię było sławione na cały świat. Mały Demonq od dziecka chciał być taki jak oni, chciał władać najwspanialszymi czarami, i dosiadać wielkie skrzydlate smoki, z których mógłby walczyć z innymi magami.
W wieku 10lat, Demonq nauczył się pierwszego czaru, był to ognisty pocisk, którym mógł wyrządzić wielkie szkody. Na szczęście Demonq był mądry i nie używał go zbyt często aby niczego nie spalić. Lecz gdy opanował tę umiejętność wyzwał na pojedynek pewnego 15latka. Mały Demonq wygrał, i pobiegł pochwalić się mamie swoim sukcesem. Był chłopcem uczynnym, zawsze pomagał mamie w pracy, oraz w domu. Był grzeczny i rozsądny… tylko raz, bawił się z kolegami, gdy nagle zniszczyli skrzydło Pomniku Bohatera.
Gdy Demonq podrósł, był jednym z najlepszych magów w swoim wieku, lecz musiał się jeszcze wiele nauczyć aby móc równać się z najpotężniejszymi czarodziejami na archipelagu.

Kiedy chłopiec stał się dorosłym mężczyzną, pewien mag o imieniu Nysarel poprosił króla Mitvena aby ten pozwolił mu zostać w mieście. Mag ten niegdyś został wygnany za swoje złe czyny i po 20latach chciał wrócić do miasta. Poprosił więc króla o możliwość stoczenia walki. Była to walka o wszystko. Zwycięzca mógł pozostać w mieście, pokonany – musiał je opuścić na zawsze. Wybór króla padł na Demonq.
Walka się rozpoczęła. Demonq rzucił na wroga wiele klątw, i zaatakował go najlepszymi czarami. Lecz jego przeciwnik, z uśmiechem na ustach wszystkie te ataki i klątwy odbijał. Demonq wiedział że nie ma szans, lecz się nie poddawał, napierał na wroga ze wszystkich sił, lecz to nic nie dało. Przegrał tę walkę, i został wygnany…
Zrozpaczony opuścił miasto i wyruszył w nieznane . Po drodze mijał wiele osób, w tym starego pustelnika, który powiedział mu żeby znalazł smocze jajo w Górach Szczęścia. Demonq wiedząc gdzie to jest pomaszerował w miejsce wskazane przez pustelnika.

Po drodze mijał wiele osób, w tym starego pustelnika, który opowiedział mu o wielkim smoczym jaju, dzięki któremu można zdziałać cuda. Mędrzec powiedział mu że jedyne jajo jest teraz w Górach Przeznaczenia. Demonq wiedząc gdzie to jest pomaszerował w miejsce wskazane przez pustelnika.

Zmęczony, zbliżał się już do szczytu Góry, na której miało być Smocze Jajo, gdy nagle w otchłani wierzchołków gór zobaczył wspaniałe, krwisto-czerwone światło, promieniujące aż pod same niebo. W tym samym czasie gdy ujrzał te wspaniałe promienie, rozpętała się burza. Podbiegł ostatkiem sił do źródła światła, i jajo przemówiło do niego.
Zapytało się Demonq jaką stronę mocy wybiera? Dobra czy Zła?
Odpowiedział on na pytanie jaja
- Po stronie dobra, nic nie jest dobre, wygnali mnie z miasta a więc muszę im za to odpłacić,
Wybieram stronę zła!
-Jesteś tego pewien? Pamiętaj że tej decyzji nie da się już cofnąć i wpłynie ona na cale twoje życie – odpowiedziało Jajo
Po krótkiej chwili zastanowienia Demonq odparł :
- Tak jestem pewien, mojej decyzji nic nie zmieni, a moja zemsta będzie słodka! – zaczął się śmiać . Wiedział, że zaczął w życiu nowy rozdział. Był teraz królem własnego miasta, które nazywało się Exodar . Posiadał potężną armię dziesięciu miliona skrzatów, oraz wielu milionów innych stworzeń. Stał się on najpotężniejszym magiem w historii całej Krainy Xhodon. Wielu magów próbowało zdjąć koronę z głowy Demonq, lecz nikt nie mógł tego dokonać. Spełniły się jego marzenia z dzieciństwa, był w końcu najlepszym z najlepszych. Gdy czuł że jest gotowy, że ma wystarczające wojsko, i siłę, chciał zniszczyć miasto Goldgate, które wygnało go za młodu.
Podczas gdy trwały przygotowania jego wielkiej i wspaniałej armii, Demonq wraz z swoimi doradcami, omawiał taktyki zniszczenia Goldgate. Plan był prosty, skrytobójcy zaatakują wartowników, i otworzą bramy Goldgate a wtedy do miasta wbiegnie cala armia skrzatów i innych nie pokonanych stworzeń. Przewidział, że nie będzie to łatwe. Znał króla i wiedział że jest bardzo mądry i ma wieloletnie doświadczenie. Demonq zdecydował, że bitwa odbędzie się w nocy, kiedy ich szanse wzrosną. Atak miał odbyć się za dwa dni. Armia trenowała, a Wielki Mag wraz ze swoim smokiem szykował się do ataku. Wszyscy oczekiwali tego dnia w wielkim skupieniu i gotowości. Wiedzieli, że postawiono przed nimi trudne zadanie. Mury Goldgate są bardzo potężne, prawie że nie do sforsowania. Lecz dla tak wielkiej i potężnej armii, nic nie jest niemożliwe.
Była godzina 2 w nocy, Wojska rozpoczęły atak. Wdarli się na mury zabijając wartowników i otworzyli bramy miasta, tak aby reszta armii mogła do nich dołączyć. Walka była zacięta, lecz liczebność armii Demonq była tak wielka, że Glodgate nie miało szans. Demonq pobiegł do zamku króla wraz z najlepszymi żołnierzami z całej swojej wielkiej armii. Każdy był gotów oddać życie za swojego władcę. Do najdzielniejszych i najbardziej oddanych należeli Elf, Krasnolud, Pół olbrzym oraz Człowiek Wojownik. Dostali się do sali tronowej, po czym szybko rozprawili się z królewską strażą, a sam Król Goldgate zmierzył się z Królem Exodaru. Demonq wrzasnął do Króla Mitvena :
-Wygnałeś mnie z swojego królestwa, tylko dlatego że przegrałem jedną walkę, wiedziałeś że nie dam rady ułożyć życia poza królestwem, lecz i tak to zrobiłeś!. Na szczęście los był dla mnie łaskawy i pozwolił mi zostać najwspanialszym czarodziejem.
-Nie chciałem aby tak to się potoczyło, myślałem że wygrasz tę walkę. Niestety nie udało ci się tego dokonać. Układ był prosty: kto przegra zostaje wygnany, a kto wygra zostaje w mieście. – odparł Mitven

A więc będziesz musiał ze mną walczyć, myślałem że jesteś królem rozsądnym lecz się myliłem. Zapłacisz mi za to! – krzyknął Demonq
Walka była zacięta, lecz król Goldgate był bardzie doświadczonym wojownikiem i to on objął prowadzenie. I wtedy Demonq przypomniał sobie wszystkie krzywdy i upokorzenia których doznał niegdyś przez króla. Obudziła się w nim furia. Zebrał całą swoją moc i uderzył ze zdwojoną siłą. Król nie potrafił oprzeć się sile jego ataku i zginą na polu walki. Gdy Demonq wraz ze swoją armią wrócili do miasta, czekała na nich wielka niespodzianka. Lud Exodaru, wyprawił wielką ucztę na cześć zwycięskiej armii. Miała ona odtąd odbywać się co roku na pamiątkę wygranej z najwspanialszym miastem po stronie dobra. Demonq ujrzał tam piękną kobietę, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Po kilku miesiącach wzięli ślub i mieli dwoje dzieci, które miały kiedyś zastąpić ich wspaniałego ojca. Demonq stał się legendą, a historie o nim i o jego bohaterskich czynach opowiadane są po dziś dzień.

——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.

>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Miasto Marnos

Przebywając w starym mieście Marnos w magicznym świecie Xhodon, natknąłem się na samotnego starca. Był w sędziwym wieku, chodził o lasce i nie widział na jedno oko. Zaproponował mi pewna propozycje.

-Hej młodzieńcze. Nie chciałbyś posłuchać interesującej opowieści o pewnym magu? Za nieduży posiłek w pobliskiej tawernie?

- No dobrze staruszku i tak muszę odpocząć więc chodźmy. Zawsze interesowały mnie historie a zwłaszcza te ciekawe.
Wspomniał na początku o naszym świecie i o tym ze rożne stworzenia w nim żyją, przede wszystkim rasa ludzi. Jednak są tacy co rodzą się z zdolnościami magicznymi, nazywani są magami. Potrafią rzucać potężne czary, przyzywać bestie, budować pałace i nawet prowadzić wojny. Każdy mag jednak rodzi
się z talentem do jednego z żywiołów. Oczywiście nie przeszkadza to w uczeniu się i doskonaleniu w inne zaklęcia mimo to czary ze swojego żywiołu były najpotężniejsze. Przeważnie widziano ogień, powietrze, wode i ziemie. Panowało także Ciemność oraz Światło. Jedni stawali po stronie dobra zaś inni po stronie zła. W tych czasach bowiem narodziło się dziecko. Starzec nie znał imion jego rodziców poza tym ze byli magami. Jedno wstawiało się za dobrem a drugie walczyło dla zła. Co ich połączyło? Zauroczenie czy prawdziwa miłość? Oto stawiałem sobie pytanie. Nie mogli żyć razem więc oddali maleństwo do biblioteki gdzieś na wschodzie. Żyła i pracowała tam niejaka Ammala strażniczka i opiekunka ksiąg. Przygarnęła ów dziecię i wychowywała. Wiedziała ze jest on przyszłym magiem , tylko nie wiedziała jaki żywioł w nim drzemie. Pewnym rankiem obudziło ją odgłosy piorunów, wszyła na zewnątrz, a niebo było niebieskie. Ani jednej chmurki. Tylko brakowało tez dachu budynku. Gdy wróciła do środka zauważyła jak dziecko tworzy energetyczną kule. W jego oczach dostrzegła pioruny, jakby to burza panowała w jego umyśle. Wtedy zrozumiała ze on włada piorunami, błyskawicami. Nie mogła pojąć… przecież nigdy coś takiego się nie zdarzało. Nazwała go Electro. Wyczuła w nim duży potencjał. Uczyła go i wpajała sztuki dobra i zła, aby moc stać się najlepszy magiem. Gdy dorósł opuścił Ammale i wyruszył na spotkanie przygód. Walczył w buncie elfów przeciwko królowej, po stronie wiadomo jej wysokości. Odwiedził także mocarne krasnoludy, gnomy. Wiódł potyczkę z Ellesem i jego Lodowymi Wojownikami. Spotkał Centaury oraz Olbrzymie Drzewa. Niektórym pomagał, zaś jeszcze innymi gardził i rozprawiał się z nimi. Odbył wiele dróg. Podobno bronił wioskę przed Trollami. Niestety przegrał tą walkę i musiał uciec. To była jego pierwsza duża porażka. Tułał się po krainach i pragnął czegoś więcej. Ludzie z miasta Fumis w którym przebywał opowiadali o smoku. Mieszkał on niedaleko w skalistej dolinie. To było to na co czekał wielka sława i skarb, a ze smoczych łusek można zrobic nie jedna mocna zbroje. Udał się wnet do jaskini. Olbrzymiego jaszczura nie było w środku za to było masa złota, klejnoty, i inne dobra. Na samym środku skarbu znajdowało się coś o wiele lepszego. Jaja smoka, więc to jest smoczyca. Electro zafascynowany gniazdem nie zauważył ze stworzenie powróciło. Nie było czasu na zasadzkę, ani na przygotowanie obrony. Starcie było krótkie. Brak czasu na wypowiedzenie zaklęcia to słaby punkt maga. Smok z łatwością uderzył go ogonem. Uderzył o skały przy wejściu do groty i stracił przytomność. Później okazało się ze stracił pamięć. Nie widział gdzie się wychował ani co przeżył jedynie pozostało imię i to ze ma duża moc. Wtedy zapytałem:

-Hej dziadku skąd wiesz ze akurat tak przebiegała walka, byleś tam???

-Nie, ale zaciekawiło mnie ze w pojedynkę poszedł walczyć z bestią. Przybyłem za późno. Jego już nie było. Znalazłem jednak coś interesującego, było to lustro które zapamiętywało zdarzenia z jego życia. Walka trochę je uszkodziło ale bitwa ze smokiem była cała zapamiętana. Słyszałem ryk Smoka jakby coś brakowało w jaskini, coś cennego. Więcej go nie widziałem. I jak? Podobała się opowieść?

-Musze Ci podziękować. Teraz już przypomniałem sobie o mojej przeszłości, gdzie się wychowałem i jak straciłem pamięć.

-Jak to???! Czyżbyś był….

Przez moje ciało przepłynęła energia, a w oczach pojawiły się błyskawice.

Ty żyjesz?! Jednak przetrwałeś. Nie mogę uwierzyć. Jaki masz cel teraz?

- Chcę być bardziej potężniejszy i mieć wielką armie by zniszczyć tych co stają mi na drodze

- A więc powodzenia chłopczę.

——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.

>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Halley

Halley
- Deszcz lał się strumieniami a głupie ludziska zamiast siedzieć w swych zapchlonych norach zwanych chałupami – potrafisz to sobie wyobrazić Kon’t, oni te… te… lepianki nazywają chałupą! Hahaha.
Na wpół ślepy Kojot, pijany prawie jak świnia wypluwał słowa tworzące opowieść wprost w twarz Kon’ta. Ten sącząc z drewnianego kufla jakąś lurę zwaną tutaj „pionte” przysłuchiwał się tylko opowieści pijaka wyłapując, co ciekawsze fragmenty mogące pomóc mu zebrać jak najwięcej informacji o tym magu.
- khe… khe… – Kojot splunął czymś żółto-zielonym na drewniana podłogę po czym przełknął łyk pionte pociągnięty łapczywie jakby chciał ugasić dalsze spazmy kaszlu. – Mówię Ci Kon’t ten mag sieje popłoch wszędzie, gdzie się pojawi. To nie jest zwykły mag, to bestia! Słyszysz mnie Kon’t, to bestia we własnej osobie. On nie zna litości, jeśli ktoś, nie dajcie Bogowie, wejdzie mu w drogę, to ma poważne pieprzone kłopoty!
- Powiedz mi Kojot, byłeś tam?
- a byłem i…
- widziałeś go?
- i… widziałem… – Kojot mówiąc to przyłożył kufel do ust i zaczerpnął dużego łyka – tego jegomościa nie można nie widzieć jak się mu podpadnie. On się nie boi nikogo, przed nikim nie ucieka, to inni uciekają przed nim. Powiadają, ze zrodziła go wiedźma w noc Koholuu! Wiesz co to oznacza? Noc Koholuu, to nie jest zwykła noc khe… khe… – Kojot zaczął kaszleć wypluwając kolejne tym razem czerwono zielone wydzieliny. – cholerne płuca, pewnie nie długo pociągnę. To on mnie tak urządził Kon’t, ten przeklęty… – Kojot rozglądając się w z góry przypadkowych kierunkach szukał odpowiedniego słowa – przeklęty sukinsyn.
- czy używa czarów, zaklęć, no wiesz, czy może włada jakąś magiczną bronią?
- A czemu Cię to tak ciekawi co? Czyżbyś był na tyle głupi aby stawić mu czoła? Hahaha –kojot zaśmiał się głośniej niż kiedykolwiek wcześniej. Sama myśl aby ktoś sam pchał się w łapy Halleya doprowadzała go do rozbawienia a dodając jeszcze to, że ten chłystek Kon’t nie ma doświadczenia w magii po prostu stawał się groteskowa.
- Nie… ja tylko… – zmieszany Kon’t próbował ukryć wzrok przed śmiechem Kojota.
- Ty! Wieprz machający ledwie mieczykiem chcesz…
- Kojot, to nie jest zwykły miecz, wiesz o tym! – mówił głośniejszym tonem aby wyjść z tej sytuacji jak mężczyzna a nie dzieciak wyśmiany przez pijaczynę.
- Hahahaha tak, tak ma kamień gellinu, którego nie imają się czary i zaklęcia, który ponoć potrafi zneutralizować moc maga. Znam tę bajeczkę Kon’t, znam ją dobrze. Nie powiem, kilku magów udało Ci się zabić i sam się zastanawiam jakim cholernym cudem Ci się to udało.
- to ten miecz Kojot, to on daje mi przew…
- Ha! Może wśród tych niedouczonych amatorów czarostwa ale nie przy Halleyu. A teraz posłuchaj mnie Kon’t. Jeśli życie Ci miłe, to wynoś się z tych terenów, bo jeśli on się dowie, że choćby myślisz o walce z nim to będziemy mieli kłopoty, rozumiesz? – w duchu dodając – wypierdku. Znikaj stąd, on słyszy myśli a przynajmniej tak mówią!
Kojot odwrócił się w stronę drzwi z kuflem, z którego właśnie miał pociągną ostatni łyk kiedy zobaczył Edona jak upiora ze snu. W całej Karczmie zrobiło się nagle cicho, każdy kto żyw namierzał wzrokiem to coś, co teraz stało w drzwiach. Ogień z kominka, zresztą jednego z 3 jakie gospodarz miał w karczmie dodawał swym światłem tym obdartym strzępom, które jeszcze dzisiaj rano były Edonem, wyraz upiora.
Edon zsunął się na kolana a potem wyrżnął twarzą w drewnianą podłogę. To było jak ze snu. W drzwiach pojawił się najbardziej niesamowity człowiek jakiego widzieli. Tylko Kojot upuszczając kufel wiedział kogo ma przed oczyma. Zamarł.
Mag podszedł spokojnie do stołu gdzie siedział Kojot oraz Kon’t, usiadł w ciszy spoglądając raz w oczy jednego a raz drugiego. Atmosfera w karczmie była gęsta, nikt nie osmielił się nawet pisnąć nie mówiąc o mrugnięciu powieką.
- Kojot, stary druhu.
- Halley… – przełknąwszy ślinę ośmielił się wypowiedzieć to słowo.
- Kojot, mieliśmy umowę. Ty będziesz milczał a ja dam żyć tym durniom, którym się wydaje, że mogą przyjść do mnie, w moje góry i bezkarnie mnie wyzywać na pojedynek. Prawda?… PRAWDA kojot? – ostatnie słowa zawirowały w całej karczmie doprowadzając do bólu każdego, kto je słyszał.
- Prawda.
- Więc co robił ten dureń w moim lesie? – Halley wskazał palcem na Edona leżącego w drzwiach. – On mówił, że mu o mnie opowiadałeś, że pokazałeś nawet gdzie można mnie odszukać. Edon, czy ja się nie dość jasno wyraziłem? Czy ja mam kłopoty z wymową? – wzrok potrafiący stopić skałę właśnie wbił się w Kojota a jego wnętrze zapłonęło.
- Przestań Halley, byłem pijany a ten, jak go nazwałeś dureń, ubzdurał sobie, że może Cię pokonać! Tylko tyle.
- Milcz! Teraz ten chłystek siedzący obok Ciebie, myśli o tym samym Kojot, widzę jego myśli, widzę jak wierzy w swój miecz, jak pała do mnie nienawiścią, Niewinem tylko jeszcze dlaczego, ale to teraz nieważne. Twoje opowieści Kojot zaczynają mi szkodzić, oszczędziłem Cię tam, pamiętasz? Pamiętasz Kojot? Leżałeś tam u moich stóp błagając o miłosierdzie. Zawarliśmy układ ale Ty go zerwałeś. U mnie nie ma drugiej szansy, teraz Twoja ko…
Miecz Kon’ta powędrował prosto do gardła Halleya, oczy wściekłego wojownika płonęły pogardą i nienawiścią jakiej nie znają nawet bogowie Hadesu. Teraz kiedy mag był rozkojarzony, kiedy zajmował się gnijącym od wewnątrz pijaczyną była jedyna okazja, jakiej nawet w najśmielszych planach nie brał pod uwagę. Przeciąć mu gardło odrąbać tą głowę od reszty ciała, tylko to było w tej chwili ważne. Kon’t wiedział, że jeśli teraz tego nie zrobi Kojot zginie na marne a on starci niepowtarzalną okazję.
W tej sekundzie czas się zatrzymał. Jego miecz będący tak blisko przeklętego imienia w tym znienawidzonym ciele zatrzymał się cal przed dokonaniem zemsty, zemsty za siostrę, która mag uprowadził 2 lata temu. Wtedy kon’t obiecał, ze znajdzie go, znajdzie i zrąbie jak wieprza.
- Nie mogłeś wiedzieć dzieciaku, że władam czasem, czasem i przestrzenią w stopniu równym bogom. Byłes tak blisko, myślałeś, że nie słyszę Twoich myśli, Twoich planów. Myślałeś, ze masz przed sobą człowieka? Hahahaha wielu tak myśli i w tym tkwi ich słabość. Ja nie jestem człowiekiem. Wiedźma, która mnie rzekomo spłodziła była tylko marionetka na ołtarzu mojej inkarnacji. Potrzebowałem zalążka ludzkiego ciała, którego duch oddany jest Bogom Hadesu. Głupiutka mamulka, myślała, że będzie Królową! Hahaha Tylko ja władam światem rozumiesz gówniarzu? – mówiąc to w świecie zastygłym w bezruchu mag wstał odsuwając się od ostrza miecza i zbliżył się do Kon’ta – JA JESTEM WŁADĄ ŚWIATA! – wykrzyczał to tak głośno, że kon’t odczuł jak jego głowa rozbryzguje się chociaż wciąż była w jednym kawałku. – Kiedy wrócę czas, eksplodujesz, wiesz o tym, czujesz to, czujesz krew która już nie może wytrzymać, jest jak wulkan w erupcji. To dobrze. Zginą wszyscy, rozumiesz? Wszyscy, bo ja nie zostawiam świadków. Wyjątkiem był Kojot, głupiec, który obiecał mi swoja służbę. Sam Niewinem dlaczego darowałem mu wtedy jego nędzne życie, ale wiedz, że drugi raz tego błędu nie powtórzę.
Od tej chwili wszystko potoczyło się w mgnieniu oka. Mag zniknął, czas wrócił do swojej prędkości. Głowa Kon’ta eksponowała zarzucając cząstkami całą karczmę. W tym samym momencie kominki rozstawione wokół Sali zaczęły w błyskawicznym tępi rozżarzać się i wyrzucać z siebie wszystko, co było dostatecznie gorące aby palić to, na co padnie. Drzwi oraz okiennice z hukiem zatrzasnęły się tworząc pułapkę z której nie ma wyjścia, więżąc tam wszystkich, którzy mieli wystarczając dużo pecha aby tej nocy być w tym miejscu.
Krzyki, piski, zawodzenia trwały tylko chwilę potem był y już tylko trzaski palącego się drewna oraz rumor walących się stropów, które zawalając się dokładały kolejnych drew do ogromnego paleniska.
Dzisiaj krążą już tylko niedopowiedziane legendy, ktoś coś słyszał, ktoś co widział, ale jedno stało się faktem, do dzisiaj nikt nie pokonał maga zwanego Halley.

——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.

>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Hans, adept czarnych sztuk

PRACA NA KONKURS LITERACKI
Autorstwa MARDUKKA

Hans, adept czarnych sztuk przemieszczał się ciemnymi korytarzami w stronę biblioteki Mrocznego Uniwersytetu. Jak każdy mag swojej gildii na zakończenie dwudziestoletniej edukacji musiał się zapoznać z dziejami Mardukka, potężnego Nadrektora tej wspaniałej Uczelnii. Był to zaszczyt a zarazem cel każdego mrocznego pana ciemnej mocy, gdyż wiedza zawarta w księdze emanowała niespotykana energią i wtłaczała przy pomocy magii bezpośrednio do mózgu studenta nie tylko historię wielkiego założyciela, ale również całą zdobytą wiedzę i doświadczenie bitewne żywej Legendy świata Xhodon, jaką niewątpliwie był Mardukk. W głównej bibliotece miała czekać na niego ponad trzystuletnia księga w czarnej oprawie sporządzona ze skóry demona Balmorkara. W centralnej części okładki spoczywało okalane złotem żywe oko smoka Maakamona, które było prezentem potężnej bestii dla mrocznego Pana mocy po tym jak Mardukk osiągnął stan oświecenia i zyskał nieśmiertelne życie pozostając jednak w materii, w celu kontynuowania swojego życiowego zamierzenia.
Cały Mroczny Uniwersytet, który jest od dwudziestu lat domem Hansa a własnością poskramiacza śmierci MARDUKKA został wykonany z drogocennych kamieni oraz metali szlachetnych. Konstrukcja ta jest niebywale odporna na wszelkie ataki dzięki trzem zabezpieczającym zaporom magicznym. Strzeliste czarne wieże Uniwersytetu nienaturalnie mkną do samego nieba a cała konstrukcja swoje fundamenty ma tak głęboko, że najgłębsze piwnice i lochy sięgają bram otchłani piekielnych. Cały kompleks jest potężnie uzbrojony i zabezpieczony poprzez kryształowe katapulty, diamentowe mury oraz kryształowe baszty. U podnóża wałów obronnych zalegają czaszki poległych wrogich armii składane rytualnie ku przekorze dla wszelkich wrogów. Piękno tego miejsca jest tak przejmujące, że zwykły śmiertelnik naraża się na utratę rozumu, kiedy zbyt długo przygląda się całej gigantycznej konstrukcji. Niektórzy wykładowcy twierdzą, że dzieję się tak z powodu bardzo silnej mrocznej magii bijącej z pobliża centralnego miejsca na dziedzińcu, gdzie rośnie pozbawione liści kilkuset metrowe drzewo zwane TEE. Historia głosi, że zostało ono zasadzone własnoręcznie przez Mardukka, kiedy to zaczęło wypełniać się przeznaczenie świata Xhodon.
Hans był już u celu stając przed bramą biblioteki gdzie czekał na niego wiekowy szympans o niewiarygodnie inteligentnym wzroku. To niezwykłe indywiduum nazywane jest przez adeptów mroku bibliotekarzem lub skrybą Pana. Właśnie to stworzenie jest autorem zapisków historii Mardukka a plotki powiadają, że bibliotekarz kiedyś był zwykłym goblinem obdarowanym w kaprysie przez Nadrektora mocą i inteligencją. Podobno silna dawka energii kumulujących się w bibliotece spowodowała wypaczenie ciała w postać małpy, ale to tylko domysły, gdyż nikt poza Nadrektorem i samym zainteresowanym nie zna prawdy. Bibliotekarz skinięciem łapy zaprosił czarnego maga do środka specjalnej komnaty, w którego centrum na postumencie leżała upragniona wiedza. Hans przepełniony podnieceniem nie zwlekając zbliżył się pośpiesznym krokiem do księgi, otworzył ją i zaczął czytać……

Dzieje życia i przygód mrocznego Maga MARDUKKA
– spisanych niepewną ręką wiecznego sługi goblina Paszczaka

Słowo od Autora

Jam oto goblin Paszczak skromny i pokorny sługa mojego Pana o wielkiego a zarazem wszechpotężnego MARDUKKA dostąpiłem dzisiaj jego łaski. Mój zbawca nakazał mi oto spisanie na magicznym papirusie jego niebywałych i szlachetnych czynów. Moja niegodna nawet splunięcia istota dostąpiła dzisiaj oświecenia. Mój Łaskawca, bowiem obdarzył mnie magicznym darem inteligencji oraz sztuki pisania i czytania. Dotąd byłem zwykłym szeregowym niewolnikiem, który wykonywał pospolite prace związane z grabieżą a dziś stałem się osobistym skrybą Pana. Przebywam oto wewnątrz mrocznej komnaty, gdzie migotliwe fioletowe światło trzynastu świec oświetla makabryczne ornamenty zdobiące marmurowe ściany. W tym oto miejscu spod mojego pióra powstaje piękne dzieło sławiące czyny naszego duchowego przewodnika. Przeto czytelniku zaczyna się twoja ostateczna próba. Skup, więc swoją uwagę na celu oraz przypomnij sobie, co ci nakazał Nasz Pan MARDUKK. Jeżeli jesteś godzien a twe serce pełne nauki Pana otrzymasz nagrodę w postaci mocy i wiedzy. Za prawdę powiadam wam to prawdziwy zaszczyt oddać ciało i duszę jego nieskalanej światłem osobie.

Hans czytając ostatnie wskazówki autora w pełni skupił swoje myśli na celach, które przekazywał swoim uczniom Nadrektor już od pierwszych wykładów. Gdy już jego umysł był czysty od spraw nieistotnych a koncentracja pełna na naukach Pana, czarna księga z impetem zatrzasnęła się a oko Maakamona spojrzało w oczy maga szukając połączenia. Gdy tylko wzrok Hansa wejrzał w żywe oko smoka nastąpił upragniony transfer.

(Mam nadzieję, że się spodoba i przypadnie do gustu Jury. Styl pisania ma odzwierciedlać zachowania typowe dla ciemnej strony mocy gdzie kręgosłup moralny jednostek jest mocno nadwerężony a wartości dość specyficzne:)

——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.

>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Newil2

Newil2

Jego przygoda rozpoczęła się przed powstaniem pierwszego Smoczego Jaja. Jago imię brzmi Newil2, a jego przygody do dziś owiane są legendą i przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Był jeszcze małym chłopcem, gdy odkrył swoje zdolności. Pewnego razu spotkał na swej drodze starca, który podróżował całe życie, aby znaleźć jedynego człowieka na Ziemi z mocami, które mogą ocalić Świat. Nie wiedział jeszcze wtedy, że to spotkanie diametralnie zmieni jego życie. Człowiek, którego spotkał okazał się jego ojcem, który dawno temu odszedł, aby pilnować porządku na świecie, bo był on ostatnim żyjącym strażnikiem pustkowi, na których uwięzione były smoki. Strażnik już był bliski śmierci, dlatego wrócił do rodzinnej miejscowości, aby przekazać moc swojemu synowi. Po długiej rozmowie syn szczerze pokochał swego ojca, którego do tej pory nienawidził. Musiał on zostać jeszcze przez jakiś czas w domu, ponieważ ciężko się rozchorował. Chłopiec cały czas się nim opiekował, był również przy jego śmierci. Ojciec umierając oddał mu swoją moc z tymi słowami:
-Użyj tego, aby ochronić świat przed ciemnością, która wkrótce ogarnie świat. – Po tych słowach wyzionął ducha.
Chłopiec bardzo rozpaczał po śmierci ojca, lecz musiał wypełnić jego wole. Dzień po pogrzebie ojca udał się w podróż. W czasie podróży poznał kilku wspaniałych magów, którzy także byli potomkami Strażników Pustkowi. Byli to między innymi:
- wspaniały mag, który opanował sztukę zielarstwa, Watsman
- jego pomocnik, Cindyrus
- potężny wojownik, Scryptor
- i nasza ulubienica Klaudynka135.
Nasza grupa wiele razem przeszła, nie raz stawiała czoła potężnym potworom, niebezpiecznym czarnoksiężnikom, a także groźnej naturze świata Xhodon. Ale jedna przygoda zmieniła ich nie do poznania.
Było to zaraz przed powstaniem pierwszego Drzewa Życia. Bohaterowie błąkali się po Pustyni Śmierci, gdy nagle ujrzeli dziwne światło.
-Może lepiej to sprawdźmy? – Zaproponowała Dziewczyna.
- Chyba trzeba będzie. – Zgodził się z nią Watsman.
I poszli. Po dwóch godzinach przekonali się, że to nie było samo światło, ale blask ognia.
Stali oni na szczycie jednej z wydm, a pod nimi w dolinie rozgrywała się jedna z największych bitw czarodziejów z smokami. Ogień nieustannie wystrzeliwał z paszcz tych ogromnych jaszczurów, od każdego płomienia ginęli czarodzieje, krew wybuchała strumieniami z ciał poszarpanych czarodziejów przez pazury smoków. Ciała martwych magów i ich przeciwników leżały w nieładzie. Nikt nie miał czasu, aby przejmować się martwymi, każdy musiał martwić się o siebie i swoje życie, jedna sekunda nie uwagi i można było zginąć. Nasi Bohaterowi oniemieli. Jeszcze nigdy nie widzieli czegoś takiego. Przez chwilę nie mogli nic powiedzieć. W końcu Newil2 się odezwał:
- Yyy… Chyba trzeba im pomóc??
- No to, na co jeszcze czekamy?? Do Ataku!! – Odparł Scryptor.
I pobiegli. Czarodzieje widząc nadciągającą pomoc odetchnęli z ulgą. Poznali oni nadciągających ludzi i niezmiernie się uradowali, bo szukali ich przed walką, aby im pomogli, albowiem znani byli na całym świecie, jako mistrzowie w magicznym rzemiośle. Szala walki zaczęła przechylać się na stronę czarodziejów. Ale nagle, pojawiły się kolejne smoki tak samo znane w swoim świecie jak nasza piątka w swoim. Kiedy spostrzegli, że tak przeważającą nie mają szans, kiedy będą walczyć w kilka osób na jednego smoka, co było minimum, aby go pokonać, postanowili poświęcić swoje zdrowie, a nawet życie.
- Hej, Newil2! Musimy się rozdzielić, jeżeli tak będziemy walczyć nie damy rady! – Doszedł go głos jego przyjaciela Watsmana.
– Masz racje, tylko… czy damy radę??
- My byśmy nie dali?? – Odpowiedziała z ironią Klaudynka135.
- To, co, kto więcej ubije? – Zaproponował Scryptor i jak zwykle pierwszy rzucił się w wir walki.
W ciągu dwóch godzin większość smoków została zabita, a z magów nikt nie zginął. Tylko kilku miało drobne rany, ale nie zagrażały one życiu czarodziei.
- Ehh… coś tu za spokojnie. – Stwierdził Cindyrus, który miał „nosa” do takich rzeczy.
Niestety miał racje. Kiedy walka chyliła się ku końcu, nagle zza horyzontu wychylił się największy smok, jakiego kiedykolwiek widziano.
- O ty w życiu… – stracił swój humor Scryptor.
- Co to jest?? – Odparł Cindyrus.
- Takiego wielkiego to jeszcze nie widziałam. – oniemiała Klaudynka135.
- Trudno trzeba walczyć – zachęcił wszystkich Newil2.
I rozpoczęła się walka. Piątka magów uwijała się jak w ukropie. Walczyła całymi godzinami, ale bestia wydawała się niepokonana.
-Musimy trochę odpocząć. Jak będziemy tak walczyć to w końcu nas wszystkich pozabija – Powiedział Watsman.
Jak powiedział tak robili. Zmieniali się w walce, gdy czterech walczyło jeden odpoczywał. Po dwóch dniach nieustanej walki postanowili użyć wszystkich swoich sił do ostatniego ataku. Wiedzieli, że gdy nie pokonają smoka świat magii zostanie narażony na wielki niebezpieczeństwo, fala nienawiści zaleje Ziemię, a wszyscy czarodzieje zostaną wzięci do niewoli i zginą w męczarniach. Newil2 swoimi czarami odwrócił uwagę smoka a reszta ustawiła się, aby połączyć swoje zaklęcia i z pełną mocą uderzyć w smoka. Nagle Newil2 poczuł, że ktoś wdarł się do jego umysłu.
- Newil2… Newil2… – Słyszał w głowie.
- Kto tu jest? Kto tu jest!? – Krzyczał jak opętany.
- To tylko ja… Twój przeciwnik smok… – Odpowiedział głos.
- Jak to możliwe??
- Twój ojciec oddał mi wielką przysługę, uratował mi życie, dlatego obiecałem mu, że zaopiekuje się jego synem.
- Jak to uratował ci życie?? – Zdziwił się.
- Wiele lat temu odbyła się tu podobna bitwa. Zginęło bardzo dużo ludzi i smoków, w tym najlepsi przyjaciele twojego ojca… a także moi.
- Rozumiem, ale co to ma do twojego życia?
- Bo widzisz, twój ojciec miał ze mną walczyć na śmierć i życie, takie było jego zadanie. Zaniechał go, bo mnie dobrze znał. Przez to stracił wszystko w swoim świecie i musiał błąkać się po pustyni broniąc karawan, samotnych podróżników i reszty świata przed napływem ciemności. Już, kiedy chciał mnie wypuścić na wolność, inni czarodzieje rzucili się na mnie, ale on obronił mnie własnym ciałem.
- Aha, teraz wiem wszystko… możesz uciekać.
- Jak to?? Już nie chcecie mnie zabić??
- Nie, obiecałem ojcu przed śmiercią, że…
- Jak to?? Twój ojciec nie żyje??
- Tak. Obiecałem mu, że użyje jego mocy, aby ochronić cały świat. Muszę dotrzymać słowa.
- Nie spodziewałem się tego. Dziękuje, sam bym nie zdołał się uratować.
Powoli głosy w jego głowie zaczęły znikać i pojawiały się nowe, z realnego świata.
- Newil2!! NEWIL!! Co tak stoisz rusz się, bo cię zabiją!!
- Watsman nie martw się on mi nic nie zrobi! Musimy go puścić wolno!
- CO?! – Zdziwili się wszyscy.
- Tak! On nie jest taki jak wszyscy myślą. On był najlepszym przyjacielem mojego ojca.
-Jak to?? – Zdziwiła się Klaudynka135
- Po prostu.
- Nie możemy go wypuścić, za długo się z nim męczymy. – Zaprotestował Scryptor
- No właśnie, o wiele za długo. Odejdźmy stąd.
- Przykro mi Newil2, nie możemy. – Zgodził się Cindyrus ze Scryptorem.
-A więc ja odchodzę. Żegnajcie. – Odwrócił się i pobiegł w swoją stronę.
Newil2 przez wiele lat nie widział swoich przyjaciół. W tym czasie przeżył wiele przygód, i poznał wspaniałych ludzi, ale nie tylko. Po dwudziesty latach powrócił do swojej rodzinnej miejscowości, tam dowiedział się, że jego znajomi mają się dobrze, i dopiero w tym czasie spotkali się ponownie. Powitanie zastało oblane mnóstwem łez. Nadszedł czas, w którym przepowiednia jego ojca zostanie spełniona, a on ochroni świat przed panowaniem mocy ciemności, ale o tym dowiecie się wkrótce.

Koniec
——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.

>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Pandora8602

Pandora8602

Ciemna, pochmurna noc rozjaśniana przez pojedyncze błyskawice. W rozbłyskach światła widać wśród drzew zarys starego dworu. Mimo ulewy jedno okno jest szeroko otwarte, a w nim w pięknej, purpurowej, zwiewnej sukni, z długimi przemoczonymi deszczowymi łzami włosami stoi młoda kobieta. Można by uznać ją za piękną, gdyby nie złość i chęć mordu bijąca z głębi jej oczu. Niejeden mężczyzna zginął w ich głębinie i niejeden jeszcze umrze, bo tak poprzysięgła i przysięgi tej zamierza dotrzymać. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś była zupełnie inna… Taka niewinna, łagodna i dobra…
Urodziła się w leśnym dworku tętniącym życiem, radością i miłością. Mimo że była córką zwykłych służących, nigdy niczego jej nie brakowało. Beztroskie dni wypełniały codzienne obowiązki, spacery po lesie i światło. Już w wieku 3 lat zaczęła ujawniać zdolności magiczne. Przenosiła niewielkie przedmioty, potrafiła rozmawiać ze zwierzętami oraz projektować piękne pełne kolorów i bardzo rzeczywiste iluzje. Często korzystała z tych umiejętności, więc dla nikogo nie było zdziwieniem, że gdy pewnego dnia do dworu w odwiedziny zawitał mag-uzdrowiciel, dziewięcioletnia wówczas dziewczynka została jego uczennicą. Była bardzo pojętnym dzieckiem, a nienasycony głód wiedzy sprawiał, że bardzo szybko opanowywała nowe umiejętności oraz wiedzę potrzebną do ich właściwego używania. Mentor był zachwycony. Po kilku latach wytrwałej nauki zaproponował młodej adeptce wyjazd, gdyż sam nauczył ją wszystkiego, czego mógł wykorzystując skromny zasób ksiąg, które ze sobą przywiózł. Stwierdził, że aby nie zmarnować talentu dziewczyny, powinni udać się w podróż do Wielkiej Biblioteki, miejsca w którym wszyscy magowie mogli swobodnie zgłębiać tajniki sztuki i nauki. Po długich namowach i lamentach młode dziewczę wraz z mistrzem i garścią monet wyruszyło w długą podróż. Dotarcie do celu zajęło im prawie dwa lata. Była to powolna, pełna nowych doświadczeń, poznawania nieznanych gatunków zwierząt i roślin podróż. Dziewczyna była zachwycona każdym napotkanym krzakiem, dopytywała się mistrza o nazwę i przeznaczenie każdego źdźbła trawy, a odpowiedzi skrzętnie notowała w pamięci. Prawie zapomniała o celu podróży, aż tuż przed jej szesnastymi urodzinami mag oświadczył, że następnego dnia nareszcie dotrą do Biblioteki. Dziewczynę ogarnął niepokój i zwątpienie tak silne, że chciała zawrócić, jednak mistrz złożył to na karb jej nieśmiałości i nieobycia w świecie. Och gdybyż jej wtedy posłuchał… Niestety tak się nie stało i jak zapowiedział, następnego dnia stanęli u bramy otwierającej przejście do wiedzy zdobywanej przez wszelkie światłe umysły tego świata w ciągu ostatnich 5 tysiącleci zamkniętej w 7 marmurowych wieżach. To tu, w zapierającym dech w piersiach miejscu dokonało się. To tu dziewczyna pragnąca dawać radość i nadzieję zmieniła się w krwiożerczą i bezwzględną morderczynię i przybrała nowe imię. To tutaj jeden „dobry” mag światła odmienił jej los i być może los całego świata. Tu jest początek drogi przez mrok. Puszka Pandory została otwarta i nie ma odwrotu…
- Tak, nie ma odwrotu…- szepnęłam i skoczyłam w mrok.

——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.

>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Miecz którego nie było…

Miecz którego nie było…

[Czy rzemiosło jest magią? Pozostawiam to waszej ocenie...]

Po świecie chodził wiedźmin. A ludzie gadali różne rzeczy…
Miasto było ciche. Noc rozsnuła nas nim swe ciemne skrzydła tuląc je w swym uścisku jak kochająca matka. Rynsztokiem, jak co wieczór, spływały ciała. Drzwi gospody otworzyły się nagle. Młoda kobieta wybiegła z nich otoczona całunem płomieni. Krzyk rozdarł noc i ucichł jak ucięty brzytwą. W noc potoczyły się przekleństwa, stuk pucharów i trzask zamykanych drzwi. Zwłoki skwierczały cicho Ludzie gadali a gwiazdy były w porządku…
Aż do pewnego wieczoru…

****

- Krzywy jakiś.

Głos kobiety dobiegł go z zza
pleców. Był to głos łagodny ale czuć w nim było
tłumioną pogardę i kpinę.

- O mieczu mówiłam, pokaż jeno cóż to za żelastwo u boku taszczysz,
może znajdzie się w zanadrzu coś bardziej godnego
profesjonała?

Wiedźmin na był w najlepszym humorze toteż gdy się
odwrócił miecz trzymał już mocno w dłoni a bezczelna kobieta miała okazję podziwiać wykonanie
klingi z bardzo bliska. Zdumiał się jednak na widok tego co ujrzał przed sobą. Opuścił brzeszczot.
Zacięcie z twarzy zniknęło tak szybko jak się pojawiło.

- Faktycznie krzywe.

Opuścił głowę spoglądając
na miecz.

- Kiedyś używałem innego.

Rzekł po chwili z irytacją i chyba nawet nutką wstydu w głosie.
Zupełnie jakby zapomniał że przy boku nosił coś innego niż zazwyczaj.
Uniósł głowę i hardo spojrzał w kobietę która go
zaczepiła.

- Wszystko inne jest w porządku.

- Co to i ile warstw
stali? jedna, dwie?

Fachowe spojrzenie przesunęło się po wyciągniętym ostrzu, z
niejaką nonszalancja zdając się nie zauważać jego
właściciela.

- Mogę to poprawić…

Dopiero teraz nieznajoma spojrzała lubieżnie na wypukłość poniżej pasa
wojownika.

- …Może nawet od ręki…

- A skąd mam wiedzieć takie rzeczy? Nie znam się na
tym za dobrze. To gówno i tak niebawem wyszczerbię
albo połamię. Wiec szkoda Twojego zachodu… …rzemieślniku.

Ostatnie słowo wycedził, bacznie
mierząc kobietę chłodnym spojrzeniem.

- Pokaż…

W głosie nieznajomej była dziwna
Zaciętość.

- …Ty masz swoją pracę a ja swoją;
pieniędzy nie chcę… Każdy i tak krwią za
brzeszczot zapłaci, prędzej czy później.

- Nie ma co pokazywać.

Parsknął.

- Kupiłem to parę dni temu na na targu. Nie jest to
broń godna moich umiejętności ale cóż. Przyjaciel
który kiedyś wiernie mi służył przepadł w
głębinach pewnego jeziora.

W tym momencie można by
sądzić że mężczyzna będzie ubolewał nad taką
stratą. On jednak uśmiechał się.

- Dlaczego odnoszę wrażenie że pieczeń którą chce
zjeść sama podaje mi widelec? Tak odnośnie mojej i
Twojej pracy…

- Śmierć pracował u
mnie w kuźni…
wylałam go…

- Ale jeśli nie chcesz moich usług nic tu po mnie…

Odwróciła się i najwyraźniej chciała odejść…

Wciąż się uśmiechał. Nie był do końca pewien czy
chce wrócić na ścieżkę którą opuścił, gubiąc
miecz.
Lecz ziarno zostało zasiane. Zawiesił oko na ciele
nieznajomej. Obserwował chwilę. Zastanawiał się.
W końcu śmiejąc się z własnych słabości, zawołał.

- Musi być lekki jak pióro ze skrzydła archanioła
śmierci. Mieć w sobie zaklęty wiatr.

Mówiąc podchodził do niej.

- Jednym cięciem ma swobodnie przecinać człowieka na
pół nie grzęznąc w mięśniach czy kręgosłupie.
Musi być ostry i nigdy się nie zatrzymywać.

Zatrzymał się tuż przed nią i już bez rozbawienia
kontynuował opis.

- Klinga musi być długa. Co najmniej na dwa, dwa i
pół łokcia. Prosta i jednosieczna. Najlepiej czarna
jak noc. Rękojeść w czerwonej materii. Lubię te
kolory. Wiem też że jest stop o takiej barwie i
właściwościach które sprostałyby moim wymaganiom.
Taki był mój poprzedni miecz. Był taki jak ja.
Jeżeli uważasz że podołasz zamówieniu. Oddam Ci
całe moje złoto.

Zmrużyła oczy.

- Muszę się z tym przespać…

Wyglądała jakby się zastanawiała.

- I upić… Co najmniej ze dwa
razy… Na trzeźwo nawet w kowadło nie trafiam

Uśmiechnęła się filuternie.

- Potraktuję to jako
wyzwanie. Przez całą noc tylko ty jeden dałeś mi
odpowiedź której oczekiwałam.

Zadowolony z siebie wyszczerzył pożółkłe zęby.

- Bo tylko ja jeden potrafię docenić prawdziwy
kunszt. Gdy będziesz gotowa znajdziesz mnie w
tawernie. Wystarczy spytać o Storma. Mam nadzieję że
wyzwania traktujesz tak samo jak ja.

Skinął głową, patrząc przez chwilę nieznajomej prosto w oczy, po
czym odwrócił się aby odejść.

Nacięła sobie
nadgarstek małym, lecz ostrym nożykiem i
pozwoliła by kilka kropel krwi spadło na jej prawą
dłoń.

Po chwili wahania podała ją nieznajomemu, patrząc mu
wyczekująco w oczy.

- Nie.

Odwrócił twarz. Głos miał spokojny. Nie
było w nim gniewu ani żadnej innej emocji.

- On lubił pić krew… Ja nie.

Po chwili wahania ujął dłoń wampirzycy i zamknął ją.

- Nawet gdybym chciał, nie mogę. Moim przeznaczeniem
jest być po drugiej stronie barykady.

Odsunęła się jakby przygnębiona.

– Dotrzymam umowy.

Powiedziała cicho. Widać było że myślami jest gdzieś
indziej.

- Wykuję o nowiu… bo rysy będą…. światło
księżyca…

Zaczęła mówić szybko, jakby
tłumaczyła coś nowemu uczniowi.

- Zresztą nieważne…

Nie patrząc mu w oczy odsunęła się w
cień zaułka. Na ulicy pozostało kilka kropel gęstej,
smolisto-czerwonej krwi która wolno spływała z deszczem
do pobliskiego rynsztoka.

Zacisnął mocno zęby. Odwrócił się i odszedł.

- Gdybyś tylko wiedziała ile ja przelałem takiej krwi.

Pomyślał gorzko.

****

W kuźni było cicho tej nocy. Ogień dawno wygasł. Na podłodze walały się pergaminy upstrzone dziwnymi schematami i diagramami.

- Skrzydła archanioła… Lekki jak…

Mistrzyni wymruczała pod nosem wyjątkowo paskudne przekleństwo poruszające problem pochodzenia pewnych istot do dziesiątego pokolenia wstecz.

Na podłodze leżały sztaby wszelkich znanych metali. Oraz kilku innych, których nazwy były tak rzadkie że niewarte wspomnienia.

- Czerwony… Pal go licho… W nocy wszystkie koty są czarne…

Mistrzyni wyraźnie miała zły dzień.

Butelka po szczególnie śmierdzącym siarką krasnoludzkim spirytusie poturlała się w kierunku stojącej pod ścianą kosy. Dwa centymetry przed tym jak dotknęła jej ostrza, rozpadła się na dwie połówki.

- Tępy złom.

Wampirzyca prychnęła z pogardą i wróciła do swoich szkiców. Noc mijała.

****

…jeśli jednak stal wysokowęglową ogrzejemy do temperatury czerwonego żaru 750 – 800°C a następnie ostudzimy wystarczająco szybko, węgiel rozpuszczony w żelazie nie zdąży się wytrącić i pozostanie w postaci roztworu przesyconego. Kryształy takiego roztworu stałego mają znaczną twardość, tym większą, im więcej węgla zawierają. Tak ogrzana i ostudzona stal jest już mieszaniną czystego żelaza, niewielkiej ilości cementytu, oraz martenzytu. Została więc wzbogacona o igłokształtne, bardzo twarde kryształy. Maksymalną twardość stali uzyskujemy przy całkowitej ilości węgla rzędu 0,7-1,0%…

- To by rozwiązywało problem surowca.

Powiedziała do siebie z pewnym zastanowieniem.

Problem materiału do owinięcia rękojeści pozostawał jednak nierozwiązany…

W oparach alkoholu unoszących się w pracowni pojawiła się nagle myśl. Przebiegła jak spłoszona mysz przez mroczne zakamarki umysłu wampirzycy i utknęła w ciasnej pajęczynie niejasnych wspomnień i skojarzeń.

Mistrzyni podeszła do szafy i wydobyła stamtąd komplet nieco zatęchłej lecz wykonanej z najlepszego perforowanego jedwabiu, bielizny.

- Miała być do polerowania… Ale co tam…

Mruknęła do siebie usatysfakcjonowana swoim niecodziennym pomysłem.

Materiał był idealny – wystarczająco mocny by mógł się na nim powiesić średniego wzrostu krasnolud w pełnej zbroi płytowej i wystarczająco szorstki by nie ślizgały się po nim ręce. [czasami jego szorstkość wykorzystywano do innych celów ale Mistrzyni wolała nie wracać do czasów gdy musiała parać się mniej chwalebnym zajęciem]

- Skrzydła archanioła śmierci… Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal…

Pomyślała z pewnym rozbawieniem.

Resztki czarnego koguta z wczorajszej kolacji powróciły do niej w przebłysku geniuszu jako kolejne rozwiązanie braków materiałowych.

- Pozostaje rozpalić ogień…

Pomyślał najbardziej sfeminizowany kowal w historii Amorionu i beknął donośnie.

****

szelest… blada twarz księżyca w długim, zagiętym ostrzu szelest… rudy błysk ognia z prawie wygasłego paleniska… szelest… delikatny ruch kościstych palców… szelest…

- JEDWAB SIĘ SKOŃCZYŁ.

Wampirzyca siedziała na podłodze kuźni wśród porozrzucanych sztab metalu i myślała nad czymś bardzo intensywnie.

- TĘPA BĘDZIE.

Mimowolny ruch bladych palców przy smukłym, bladym udzie… Czerwona podwiązka rzucona niedbale prze ramię….

- Ta jest ostatnia.

szelest…

Mijały dni.

****

Uderzenie młota. Niski, wibrujący ton, jak dźwięk dzwonu niosący się we mgle. Cisza. Kolejna sztaba zepchnięta wściekle z kowadła ląduje z brzękiem na klepisku.

- Martwa, znowu martwa.

Mistrzyni powoli kończył się zapas metalu. Zapas cierpliwości skończył się dawno temu.

- METAL NIE ŻYJE.

Wtrącił Śmierć.

- Ja też nie.

Logika tego stwierdzenia była niezaprzeczalna.

Uderzenie młota. Cisza. Czas mijał. Śmierć i dziewczyna zamarli. W najniższych częstotliwościach ultradźwięków coś się poruszyło. Powoli, niemrawo, jak skacowany krasnolud po październikowym święcie spirytusu, coś budziło się do życia. Czarna stal zawirowała. Gdzieś z dolnych rejestrów, tuż na granicy słyszalności popłynęła pierwsza oktawa melodii, ciężka i słodka jak krew niemowląt. Metal śpiewał.

Śmierć i dziewczyna słuchali z uwagą. Pieśń mówiła o wielu sprawach. W większości nieistotnych lub zapomnianych, ale nie była przecież przeznaczona dla ich uszu. Idea broni ukryta w niepozornym kawałku metalu wzywała swego przyszłego właściciela, gorączkowo nadając na kanałach nieprawdopodobieństwa.

Stuknęło stylisko kosy. Naostrzona jedwabiem i światłem księżyca klinga dołączyła swój ton do melodii. Duet zdążył odśpiewać dwie zwrotki i refren. Potem coś się wydarzyło.

- CZAS NA MNIE.

Powiedział Śmierć i mig błysnął. Oczywiście zdążył wrócić zanim ruszył się z miejsca, gdyż zwykł załatwiać swoje sprawy, gdy Czas miał przerwę na kawę, ale dobre maniery były częścią jego zawodu.

Stal zamilkła.

- Jak poszło?

Spytała wampirzyca.

****

Dziewczyny zapiszczały gdy stary mag uszczypnął którąś z nich w pośladek. Czarodziej zarechotał i zaniósł się kaszlem. Zmrużył oczy, a gdy je otworzył, zobaczył, że świat przybrał przyjemny odcień oktaryny.

- Chciałem dokończyć.

Zamarudził starzec.

- JESTEŚ BEZCIELESNY.

Stwierdził Śmierć.

- Czy to znaczy, że mógłbym….?

Nie dokończył. Śmierć poczuł ulgę.

- NIE.

- Szkoda.

Śmierć czekał. Rytuał wymagał od niego odpowiedzi na jedno fundamentalne pytanie. Zazwyczaj dotyczyło ono istoty bytu lub innych bzdur. Śmierć był bliski westchnięcia. Nie znosił filozofii.

- Czy to podwiązka?

Mag wpatrywał się głodnym wzrokiem w kawałek jedwabiu dyndający na stylisku kosy.

- TAK

Odpowiedział Śmierć.

- Aha.

Mag myślał, a przynajmniej starał się sprawiać takie wrażenie.

- MOŻEMY IŚĆ?

- Dokąd?

- W NIEBYT.

- Dlaczego?

- BO JESTEŚ ATEISTĄ.

Mag uśmiechnął się i rozpromienił w niebycie. Śmierć spojrzał na kosę. Podwiązka zniknęła. Śmierć zaklął szpetnie.

****

- Dziękuję.

Powiedziała dziewczyna.

-TO MOJA PRACA.

Starał się żeby zabrzmiało to neutralnie. Nie lubiła magów. Wiedział o tym.

****

Na kowadle leżała sztaba stali. Jarzyła się łagodnym blaskiem, przywodzącym na myśl węgle dogasające w ognisku. Mistrzyni poczuła gniew. Młot uderzył po raz pierwszy. I gniew spłynął na miecz, zimny i ostry jak światło poranka, bezlitosny jak kły na tętnicy szyjnej w ciepłą wiosenną noc.

Strach powrócił do niej obmywając ją lodowatą falą. Paraliżował i odbierał zmysły, a tchnienie płomienia leciało wprost ku niej. I młot uderzył ponownie. I ostrze nauczyło się czym był lęk. Posmakowało grozy śmierci, aż wiązania międzyatomowe zaprotestowały bezgłośnie, tuląc się do siebie i wzmacniając jego strukturę.

Przypomniała sobie nienawiść. I zabrzmiało trzecie uderzenie młota. I nienawiść spłynęła ku broni aż błękitna mgiełka na jej krawędzi nabrała barwy krwi. Noc była ciemna. Księżyc schował się w nowiu a rynsztok szemrał cichutko towarzysząc pechowcom w ich ostatniej drodze.

A ludzie gadali…

Podobno tej nocy z kuźni dobiegły cztery uderzenia młota. Ktoś słyszał płacz kobiety. Następnej nocy rynsztok poniósł o jedno ciało więcej. A ludzie dalej gadali…

****

Wysoka postać o bladym obliczu uniosła trzymany w kościstej dłoni przedmiot. Blask paleniska odbił się w wypolerowanym jak lustro smoczym ostrzu. Kobieta nie raczyła unieść głowy znad kowadła, w które miarowo uderzała ciężkim kowalskim młotem, ale przecząco pokręciła głową.

Uczeń dobył z głębin ciemnej szaty zwitek lekkiego jak puch białego jedwabiu i przejechał nim po ostrzu. Stal zaśpiewała cicho w odpowiedzi.

Mijały godziny.

Ostrze uniosło się ponownie. Było tak wąskie, że chwilami zdawało się znikać gdy obracał je w palcach.
Kościsty osobnik ponownie pytająco spojrzał na Mistrzynię.

- Wciąż za tępe.

Głos był cichy i spokojny lecz miał w sobie coś z szelestu jedwabiu na ostrzu sztyletu.

Postać wydała coś podobnego do westchnienia. Było to sporym wyczynem jak na kogoś kto nie posiadał płuc. Kościste palce wyciągnęły się ku drewnianej powale skąd zwieszały się bujne koronki pajęczyn.
Chwilę później pojedyncza, cieńsza od włosa nitka przesunęła się jękliwie po wypolerowanej stali.

Mijały dni.

Nie wyczuł jej gdy nadchodziła. Zaskoczył go zimny dotyk jej dłoni gdy wyjęła mu miecz z palców ale nie dał tego po sobie poznać. Przez szpary w koślawych ścianach chaty wdzierał się chłodny jesienny wiatr. Miecz jarzył się słabą błękitna poświatą. Ostrze buczało cicho gdy uderzające weń molekuły powietrza rozpadały się na cząstki podstawowe w milionach termonuklearnych eksplozji.

- Wciąż za tępe.

Szepnęła.

- JAK OSTRY MOŻE BYĆ MIECZ?

Wyrwało się z głębin czarnej jak noc szaty.

- Może być ostrzejszy niż teraz.

Odrzekła głosem całkowicie pozbawionym emocji

Wstawał świt.

Kobieta uniosła ostrze dokładnie w chwili gdy pierwszy promyk słońca popędził na spotkanie jej źrenic. Nieskończenie wąska smuga rozpędzonych kwantów uderzyła w ostrze.

/PA/
/NI/

/NIE/

/DA/
/SIĘ/
/NA/
/OS/
/TRZYĆ/
/NIC/
/NA/
/ŚWIE/
/TLE/
/DNIA/

…urwał…

Wampirzyca uśmiechnęła się lekko.

-Teraz jest ostry.

Wyszeptała.

Śmierć wzruszył ramionami i dokonał drugiego w tym tysiącleciu aktu heroizmu – westchnął…

****

Storm stał oparty o framugę drzwi. Wiedziała że zdoła ją odnaleźć.

- Przyszedłem uregulować rachunek.
Niewiele jest dzieł sztuki które są jednocześnie
narzędziami zagłady. Które niosą za sobą śmierć
i zniszczenie. Jak się czuje artysta którego ręce
przyczyniły się do powstania tak okrutnego piękna?

Powiedział to spokojnym głosem gdy ich spojrzenia spotkały się.

- Uznaj to za prezent… ale…

Zawahała się.

- Jeśli spotkasz na swej drodze pewnego maga, spraw by… odchodził dłużej…

Odwróciła się plecami.

- I…

Pieszczotliwi przejechała dłonią po stalowych
sztabach ułożonych w równe rzędy.

- …Wróć po nowe ostrze… Jeśli znowu zgubisz miecz…

Chyba się uśmiechnęła. Wyczuł to w jej głosie. Płócienny ubiór rzemieślnika przesunął się lekko. Dopiero teraz dostrzegł ślady po oparzeniach na jej karku i plecach. Przypomniał sobie że zwykły ogień nie zostawiał blizn na ciele wampira. Magia…

Mówił szybko, niemal szeptem lecz zdecydowanie. A głos miał pewny i
mocny, przepełniony silnym postanowieniem.

- Kim on jest i gdzie go mogę znaleźć?

Słowa popłynęły szybko jakby chciała je z siebie wyrzucić. Jakby chciała zapomnieć…

- Kiedyś zwano go Koret… Cięgiem w karczmie siedział
a dziewkom się naprzykrzał. Żywot pewno twardy ma
jak to u magów bywa…. Może żyje jeszcze… A może
i sczezł żeby mi rozkosz pomsty odebrać…

- Znam go. I wiem gdzie go znaleźć. Tak się akurat
składa że jest moim podwładnym.

Urwał i uśmiechnął się w niepokojący sposób.

- Przeznaczenie…

Spojrzał na wampirzycę a potem długo patrzył na ostrze które kołysało się u jego boku.

- Od samego początku pomyślałem że historia tego miecza jest niezwykła… Na
pewno nie chcesz sama odpłacić mu za to?

- Nigdy nikogo nie
zabiłam… Może kiedyś… W innym
miejscu i czasie…
On powitał mnie szyderstwem i krwią… Ty nadałeś
cel mojemu istnieniu…

- To że nie stało się na odwrót jest dziełem
przypadku.

Wiedźmin nie patrzył na nią. Był teraz bardzo daleko. Gdzieś krzyczało dziecko o białych włosach. Widział krew.Dużo krwi.

- Cokolwiek robi
człowiek, miliony jego kopii robi to
inaczej. Niektóre z nich giną. Nie można ich
ocalić, bo szansa nie działa w taki sposób. Jedyne,
co można dla nich zrobić, to być sobą, tu i teraz,
tak jak tylko potrafi się najlepiej.

Jej głos popłynął ku niemu jak łagodna bryza znad oceanu o którym zdążył zapomnieć. Ten głos odpędzał złe sny. Zwiastował koszmar bardziej rzeczywisty niż cokolwiek co mógł podpowiedzieć mu umysł.

Przymrużył lekko oczy.

- Szczytny cel… To ostrze znalazło już swoje
przeznaczenie. Zasmakuje krwi tego który Ci to
zrobił. Długo jeszcze będzie krzyczał, gdy
pokażę mu jego wnętrzności.

Zawahał się przez moment.

- Twórz dalej narzędzia śmierci, a ja będę ich
używał.

Skinął lekko głową, odwrócił się i wyszedł.

****

Po świecie nadal chodził wiedźmin.

A ludzie gadali…

Podobno w ciemnym zaułku znaleziono pewnego maga.
Podobno jego włosy były białe jak śnieg, a wrzask jaki dobył się z jego piersi można było usłyszeć w zimne jesienne noce na długo po tym jak zabrał go Śmierć.
Podobno miał w tym udział pewien wiedźmin.
Podobno na twarzy pewnej martwej kobiety wreszcie pojawił się uśmiech.
Podobno ci którzy stawali na drodze pewnego wiedźmina umierali jakby nieco szybciej.
Podobno gwiazdy wciąż były w porządku.

A ludzie gadali…

Podobno niektórzy gadali za dużo, a ich ciała spływały później rynsztokiem pewnego miasta.
Podobno Śmierć zabierał pewnego maga nieco dłużej niż było to w jego zwyczaju.
Podobno miał z tym związek pewien miecz.

Ale ludzie gadali że był to miecz którego nie było…
I być może mieli rację…

——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.

>> Kliknij tutaj aby zagrac! <<

Seraphim

„Seraphim”

Padało. Ciemne strugi deszczu obmywały okoliczne pola. Niebo od czasu do czasu przecinały niczym złote wstęgi nieobliczalne pioruny. Ku pobliskiemu miasteczku zbliżał się samotny jeździec. Głęboko nasunięty kaptur ukrywał tożsamość wędrowca. Odgłos kopyt pobrzmiewał głucho na brukowanej ulicy wiodącej do bramy miasta. Dwaj wartownicy zmęczeni grogiem, miodem i burzą drzemali oparci o siebie. Postać sięgnęła dłonią ku bramie, wymamrotała kilka słów i przemknęła przez nią niczym nocna zjawa. Nie było potrzeby w alarmowaniu pobliskiego regimentu o jej obecności w mieście. Jeszcze nie. Szarpnęła wodze dziko wyglądającego ogiera i pokierowała go w kierunku najbliższej karczmy. W słabym świetle pochodni dostrzegła kilku żebraków. Wierzchowiec podążając za jej wzrokiem parsknął pogardliwie. Pochyliła się w kierunku jego ucha i szepnęła.

- Masz rację Machiavelli i my mogliśmy tak skończyć, gdyby nie przygarnął nas mistrz Asmodeusz. – Koń skinął swoim potężnym łbem. – W porządku wchodzimy, nie wolałbyś się jednak zmienić w coś mniej rzucającego się w oczy? – Potężny karosz prychnął raz jeszcze, na jego miejscu chwilę później pojawił się czarny wilk. – I sądzisz, że tak przyciągniemy mniejszą uwagę?

Wilczur spojrzał się tylko wymownie i skinieniem pyska wskazał pobliski płot obwieszony listami gończymi. Najbardziej widoczny z całej masy był olbrzymi nakaz ukazujący zamaskowaną postać z czarnym kotem na ramieniu.

– W porządku już nic nie mówię, niech pradawna Mab czuwa dzisiaj nad nami. Zamaskowany podróżny skierował swe kroki ku starym dębowym drzwiom. Miał nadzieję, że uda mu się wślizgnąć niepostrzeżenie. Jeśli informację, które otrzymała od swego agenta Ariela Freya były prawdziwe, w tej lichej gospodzie miało dojść do wymiany informacji na temat położenia trzech potężnych artefaktów. Nie mogła przegapić takiej okazji. Zajęła miejsce w koncie, daleko od ognia, nic dobrego by z tego nie wyszło gdyby poświata płomieni padła na jej twarz. Jej rysy były zbyt znane w okolicy. Czarne wilczysko spoczęło u jej stóp. Gestem ręki przywołała oberżystę i cichym głosem złożyła zamówienie. Prawdą było to, iż im bardziej do szeptu głos był zbliżony tym mniej osób go rozpoznawało. Ponętna barmanka przyniosła jej strawę, pochylając się niżej niż to było konieczne, miała pewnie nadzieję, iż ujrzy twarz zamaskowanej postaci. Wędrowiec przesunął palcami po ostrzu noża ukrytego w rękawie. Rozpoznanie teraz wiązałoby się z utratą ważnych informacji. Jeśli jedynym sposobem na sukces było uciszenie dziewki, niech tak będzie. Widać jednak szczęście uśmiechnęło się tego dnia do niewiasty, bo nieźle już podchmieleni żołnierze skutecznie wywabili ją z rogu, w którym siedział podróżny.

– Karczmarzu! – Zawołał jeden z nich. – Wina! – Zakrzyknął najbardziej barczysty z grona. – I opowieści. – Dodał bełkotliwie trzeci. Opowieści? Ale, o czym panowie? – Bojąc się by nie doszło do rozróby, karczmarz zaczął przypominać sobie szybko wszystkie zasłyszane opowieści i czekał z lękiem na odpowiedź. – Opowiedz nam o Szafirowej Damie, Mrocznej Lady, tej, która zamieszkuje nawiedzone zamczysko i posiada podobno jedne z najrzadszych ksiąg czarno-magicznych. – Tak! – Włączył się do dyskusji drugi na tyle głośno, że przyciągnął uwagę wszystkich w oberży. – Opowiedz o tej, która ma na służbie demona, o tej, której twarz widziały tylko trzy osoby… -Pięć – przerwał mu towarzysz – Nie zapominaj o Lordzie Mardukku, on ją podobno widział i jest jeszcze jej siostra. – Pozostali przytaknęli. – W każdym razie – dokończył – opowiedz o NIEJ, opowiedz, co wiesz o Seraphim jednej z najbardziej tajemniczych wiedźm na tym kontynencie.

W gospodzie zaległa śmiertelna cisza, ogień w kominie jakby przygasł, a kilku okolicznych wędrowców poczuło przeraźliwie zimny dreszcz, przechodzący po plecach. Karczmarz widząc, że nie ma wyjścia zaczął opowiadać, cichym, lecz złowieszczym głosem. Postać w koncie otuliła się mocniej w szaty spowijającego ją płaszcza.

– Nie wiele o niej wiadomo panowie, nikt nie jest do końca pewny skąd pochodzi. Jedni wskazują na wschód, inni na zachód, niektórzy nawet powiadają, że pochodzi z tego królestwa. Kilka rzeczy jest jednak stałych we wszystkich opowieściach. Seraphim została oddana pod opiekę swego mistrza, Asmodeusza, gdy miała lat 12. Jej ojciec potężny uzdrowiciel pragnąc uratować córkę przed zakusami swej żony oddał podrostka do znanego maga na wychowanie. Ponieważ mag był neutralny i posiadał giętki umysł, a dziewczyna była szybka do nauki czarów, jej lata spędzone z nim płynęły szybko, a spędziła z nim sześć lat. Przed ostatnim rokiem nauki, znudzona monotonią studiowania starych i stęchłych woluminów, pragnąc zaznać przygody, podstępem uśpiła swojego mistrza, zamknęła w wieży i ruszyła w drogę. Podobno przez trzy miesiące włóczyła się po krainach północnych, gdzie spotkała weterana wojennego Ariela Freya i jego przemądrzałego pegaza Mordimera, aż w końcu zdenerwowany mistrz ją dopadł. Kara, jaką poniosła za tę eskapadę jest jedną z największych tajemnic wiadomo jednak, że nie wypełniła się ona do końca, gdyż mistrz i dziewczyna zostali zaatakowani w drodze do posępnego zamczyska, w którym mieszkali. Mistrz, Seraphim po długim boju został śmiertelnie ranny, ostatkiem sił przekazał dziewczynie smocze jajo, które miało zapewnić jej potęgę, o jakiej wielu mogłoby marzyć. Tutaj na kilka lat ślad się urywa, wiadomo tylko, że cztery lata później stała się jednym z najbardziej znanych pogromców strażników. Zawsze podróżuje w towarzystwie czarnego kota i jak owy kot chadza własnymi ścieżkami. Choć kilka bractw złożyło jej propozycję nie wstąpiła do żadnego. – Karczmarz zakończył swą opowieść szeptem, zauważając po raz pierwszy, że siedząca w rogu izby postać zniknęła cicho podczas opowieści jak za sprawą magii.

W tym samym czasie przed drzwiami karczmy, wędrowiec zsunął lekko kaptur, odkrywając długie, proste, brązowe włosy i zielone oczy. Przeczesując palcami splątane kosmyki zwrócił się do czarnego wilka.
- Machiavelli pora zmienić się z powrotem w wierzchowca, ruszamy na południowy wschód w pogoni za artefaktami.

——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.

WordPress Themes