Halley
Halley
- Deszcz lał się strumieniami a głupie ludziska zamiast siedzieć w swych zapchlonych norach zwanych chałupami – potrafisz to sobie wyobrazić Kon’t, oni te… te… lepianki nazywają chałupą! Hahaha.
Na wpół ślepy Kojot, pijany prawie jak świnia wypluwał słowa tworzące opowieść wprost w twarz Kon’ta. Ten sącząc z drewnianego kufla jakąś lurę zwaną tutaj „pionte” przysłuchiwał się tylko opowieści pijaka wyłapując, co ciekawsze fragmenty mogące pomóc mu zebrać jak najwięcej informacji o tym magu.
- khe… khe… – Kojot splunął czymś żółto-zielonym na drewniana podłogę po czym przełknął łyk pionte pociągnięty łapczywie jakby chciał ugasić dalsze spazmy kaszlu. – Mówię Ci Kon’t ten mag sieje popłoch wszędzie, gdzie się pojawi. To nie jest zwykły mag, to bestia! Słyszysz mnie Kon’t, to bestia we własnej osobie. On nie zna litości, jeśli ktoś, nie dajcie Bogowie, wejdzie mu w drogę, to ma poważne pieprzone kłopoty!
- Powiedz mi Kojot, byłeś tam?
- a byłem i…
- widziałeś go?
- i… widziałem… – Kojot mówiąc to przyłożył kufel do ust i zaczerpnął dużego łyka – tego jegomościa nie można nie widzieć jak się mu podpadnie. On się nie boi nikogo, przed nikim nie ucieka, to inni uciekają przed nim. Powiadają, ze zrodziła go wiedźma w noc Koholuu! Wiesz co to oznacza? Noc Koholuu, to nie jest zwykła noc khe… khe… – Kojot zaczął kaszleć wypluwając kolejne tym razem czerwono zielone wydzieliny. – cholerne płuca, pewnie nie długo pociągnę. To on mnie tak urządził Kon’t, ten przeklęty… – Kojot rozglądając się w z góry przypadkowych kierunkach szukał odpowiedniego słowa – przeklęty sukinsyn.
- czy używa czarów, zaklęć, no wiesz, czy może włada jakąś magiczną bronią?
- A czemu Cię to tak ciekawi co? Czyżbyś był na tyle głupi aby stawić mu czoła? Hahaha –kojot zaśmiał się głośniej niż kiedykolwiek wcześniej. Sama myśl aby ktoś sam pchał się w łapy Halleya doprowadzała go do rozbawienia a dodając jeszcze to, że ten chłystek Kon’t nie ma doświadczenia w magii po prostu stawał się groteskowa.
- Nie… ja tylko… – zmieszany Kon’t próbował ukryć wzrok przed śmiechem Kojota.
- Ty! Wieprz machający ledwie mieczykiem chcesz…
- Kojot, to nie jest zwykły miecz, wiesz o tym! – mówił głośniejszym tonem aby wyjść z tej sytuacji jak mężczyzna a nie dzieciak wyśmiany przez pijaczynę.
- Hahahaha tak, tak ma kamień gellinu, którego nie imają się czary i zaklęcia, który ponoć potrafi zneutralizować moc maga. Znam tę bajeczkę Kon’t, znam ją dobrze. Nie powiem, kilku magów udało Ci się zabić i sam się zastanawiam jakim cholernym cudem Ci się to udało.
- to ten miecz Kojot, to on daje mi przew…
- Ha! Może wśród tych niedouczonych amatorów czarostwa ale nie przy Halleyu. A teraz posłuchaj mnie Kon’t. Jeśli życie Ci miłe, to wynoś się z tych terenów, bo jeśli on się dowie, że choćby myślisz o walce z nim to będziemy mieli kłopoty, rozumiesz? – w duchu dodając – wypierdku. Znikaj stąd, on słyszy myśli a przynajmniej tak mówią!
Kojot odwrócił się w stronę drzwi z kuflem, z którego właśnie miał pociągną ostatni łyk kiedy zobaczył Edona jak upiora ze snu. W całej Karczmie zrobiło się nagle cicho, każdy kto żyw namierzał wzrokiem to coś, co teraz stało w drzwiach. Ogień z kominka, zresztą jednego z 3 jakie gospodarz miał w karczmie dodawał swym światłem tym obdartym strzępom, które jeszcze dzisiaj rano były Edonem, wyraz upiora.
Edon zsunął się na kolana a potem wyrżnął twarzą w drewnianą podłogę. To było jak ze snu. W drzwiach pojawił się najbardziej niesamowity człowiek jakiego widzieli. Tylko Kojot upuszczając kufel wiedział kogo ma przed oczyma. Zamarł.
Mag podszedł spokojnie do stołu gdzie siedział Kojot oraz Kon’t, usiadł w ciszy spoglądając raz w oczy jednego a raz drugiego. Atmosfera w karczmie była gęsta, nikt nie osmielił się nawet pisnąć nie mówiąc o mrugnięciu powieką.
- Kojot, stary druhu.
- Halley… – przełknąwszy ślinę ośmielił się wypowiedzieć to słowo.
- Kojot, mieliśmy umowę. Ty będziesz milczał a ja dam żyć tym durniom, którym się wydaje, że mogą przyjść do mnie, w moje góry i bezkarnie mnie wyzywać na pojedynek. Prawda?… PRAWDA kojot? – ostatnie słowa zawirowały w całej karczmie doprowadzając do bólu każdego, kto je słyszał.
- Prawda.
- Więc co robił ten dureń w moim lesie? – Halley wskazał palcem na Edona leżącego w drzwiach. – On mówił, że mu o mnie opowiadałeś, że pokazałeś nawet gdzie można mnie odszukać. Edon, czy ja się nie dość jasno wyraziłem? Czy ja mam kłopoty z wymową? – wzrok potrafiący stopić skałę właśnie wbił się w Kojota a jego wnętrze zapłonęło.
- Przestań Halley, byłem pijany a ten, jak go nazwałeś dureń, ubzdurał sobie, że może Cię pokonać! Tylko tyle.
- Milcz! Teraz ten chłystek siedzący obok Ciebie, myśli o tym samym Kojot, widzę jego myśli, widzę jak wierzy w swój miecz, jak pała do mnie nienawiścią, Niewinem tylko jeszcze dlaczego, ale to teraz nieważne. Twoje opowieści Kojot zaczynają mi szkodzić, oszczędziłem Cię tam, pamiętasz? Pamiętasz Kojot? Leżałeś tam u moich stóp błagając o miłosierdzie. Zawarliśmy układ ale Ty go zerwałeś. U mnie nie ma drugiej szansy, teraz Twoja ko…
Miecz Kon’ta powędrował prosto do gardła Halleya, oczy wściekłego wojownika płonęły pogardą i nienawiścią jakiej nie znają nawet bogowie Hadesu. Teraz kiedy mag był rozkojarzony, kiedy zajmował się gnijącym od wewnątrz pijaczyną była jedyna okazja, jakiej nawet w najśmielszych planach nie brał pod uwagę. Przeciąć mu gardło odrąbać tą głowę od reszty ciała, tylko to było w tej chwili ważne. Kon’t wiedział, że jeśli teraz tego nie zrobi Kojot zginie na marne a on starci niepowtarzalną okazję.
W tej sekundzie czas się zatrzymał. Jego miecz będący tak blisko przeklętego imienia w tym znienawidzonym ciele zatrzymał się cal przed dokonaniem zemsty, zemsty za siostrę, która mag uprowadził 2 lata temu. Wtedy kon’t obiecał, ze znajdzie go, znajdzie i zrąbie jak wieprza.
- Nie mogłeś wiedzieć dzieciaku, że władam czasem, czasem i przestrzenią w stopniu równym bogom. Byłes tak blisko, myślałeś, że nie słyszę Twoich myśli, Twoich planów. Myślałeś, ze masz przed sobą człowieka? Hahahaha wielu tak myśli i w tym tkwi ich słabość. Ja nie jestem człowiekiem. Wiedźma, która mnie rzekomo spłodziła była tylko marionetka na ołtarzu mojej inkarnacji. Potrzebowałem zalążka ludzkiego ciała, którego duch oddany jest Bogom Hadesu. Głupiutka mamulka, myślała, że będzie Królową! Hahaha Tylko ja władam światem rozumiesz gówniarzu? – mówiąc to w świecie zastygłym w bezruchu mag wstał odsuwając się od ostrza miecza i zbliżył się do Kon’ta – JA JESTEM WŁADĄ ŚWIATA! – wykrzyczał to tak głośno, że kon’t odczuł jak jego głowa rozbryzguje się chociaż wciąż była w jednym kawałku. – Kiedy wrócę czas, eksplodujesz, wiesz o tym, czujesz to, czujesz krew która już nie może wytrzymać, jest jak wulkan w erupcji. To dobrze. Zginą wszyscy, rozumiesz? Wszyscy, bo ja nie zostawiam świadków. Wyjątkiem był Kojot, głupiec, który obiecał mi swoja służbę. Sam Niewinem dlaczego darowałem mu wtedy jego nędzne życie, ale wiedz, że drugi raz tego błędu nie powtórzę.
Od tej chwili wszystko potoczyło się w mgnieniu oka. Mag zniknął, czas wrócił do swojej prędkości. Głowa Kon’ta eksponowała zarzucając cząstkami całą karczmę. W tym samym momencie kominki rozstawione wokół Sali zaczęły w błyskawicznym tępi rozżarzać się i wyrzucać z siebie wszystko, co było dostatecznie gorące aby palić to, na co padnie. Drzwi oraz okiennice z hukiem zatrzasnęły się tworząc pułapkę z której nie ma wyjścia, więżąc tam wszystkich, którzy mieli wystarczając dużo pecha aby tej nocy być w tym miejscu.
Krzyki, piski, zawodzenia trwały tylko chwilę potem był y już tylko trzaski palącego się drewna oraz rumor walących się stropów, które zawalając się dokładały kolejnych drew do ogromnego paleniska.
Dzisiaj krążą już tylko niedopowiedziane legendy, ktoś coś słyszał, ktoś co widział, ale jedno stało się faktem, do dzisiaj nikt nie pokonał maga zwanego Halley.
——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.
