Posts tagged: miecz

Miecz którego nie było…

Miecz którego nie było…

[Czy rzemiosło jest magią? Pozostawiam to waszej ocenie...]

Po świecie chodził wiedźmin. A ludzie gadali różne rzeczy…
Miasto było ciche. Noc rozsnuła nas nim swe ciemne skrzydła tuląc je w swym uścisku jak kochająca matka. Rynsztokiem, jak co wieczór, spływały ciała. Drzwi gospody otworzyły się nagle. Młoda kobieta wybiegła z nich otoczona całunem płomieni. Krzyk rozdarł noc i ucichł jak ucięty brzytwą. W noc potoczyły się przekleństwa, stuk pucharów i trzask zamykanych drzwi. Zwłoki skwierczały cicho Ludzie gadali a gwiazdy były w porządku…
Aż do pewnego wieczoru…

****

- Krzywy jakiś.

Głos kobiety dobiegł go z zza
pleców. Był to głos łagodny ale czuć w nim było
tłumioną pogardę i kpinę.

- O mieczu mówiłam, pokaż jeno cóż to za żelastwo u boku taszczysz,
może znajdzie się w zanadrzu coś bardziej godnego
profesjonała?

Wiedźmin na był w najlepszym humorze toteż gdy się
odwrócił miecz trzymał już mocno w dłoni a bezczelna kobieta miała okazję podziwiać wykonanie
klingi z bardzo bliska. Zdumiał się jednak na widok tego co ujrzał przed sobą. Opuścił brzeszczot.
Zacięcie z twarzy zniknęło tak szybko jak się pojawiło.

- Faktycznie krzywe.

Opuścił głowę spoglądając
na miecz.

- Kiedyś używałem innego.

Rzekł po chwili z irytacją i chyba nawet nutką wstydu w głosie.
Zupełnie jakby zapomniał że przy boku nosił coś innego niż zazwyczaj.
Uniósł głowę i hardo spojrzał w kobietę która go
zaczepiła.

- Wszystko inne jest w porządku.

- Co to i ile warstw
stali? jedna, dwie?

Fachowe spojrzenie przesunęło się po wyciągniętym ostrzu, z
niejaką nonszalancja zdając się nie zauważać jego
właściciela.

- Mogę to poprawić…

Dopiero teraz nieznajoma spojrzała lubieżnie na wypukłość poniżej pasa
wojownika.

- …Może nawet od ręki…

- A skąd mam wiedzieć takie rzeczy? Nie znam się na
tym za dobrze. To gówno i tak niebawem wyszczerbię
albo połamię. Wiec szkoda Twojego zachodu… …rzemieślniku.

Ostatnie słowo wycedził, bacznie
mierząc kobietę chłodnym spojrzeniem.

- Pokaż…

W głosie nieznajomej była dziwna
Zaciętość.

- …Ty masz swoją pracę a ja swoją;
pieniędzy nie chcę… Każdy i tak krwią za
brzeszczot zapłaci, prędzej czy później.

- Nie ma co pokazywać.

Parsknął.

- Kupiłem to parę dni temu na na targu. Nie jest to
broń godna moich umiejętności ale cóż. Przyjaciel
który kiedyś wiernie mi służył przepadł w
głębinach pewnego jeziora.

W tym momencie można by
sądzić że mężczyzna będzie ubolewał nad taką
stratą. On jednak uśmiechał się.

- Dlaczego odnoszę wrażenie że pieczeń którą chce
zjeść sama podaje mi widelec? Tak odnośnie mojej i
Twojej pracy…

- Śmierć pracował u
mnie w kuźni…
wylałam go…

- Ale jeśli nie chcesz moich usług nic tu po mnie…

Odwróciła się i najwyraźniej chciała odejść…

Wciąż się uśmiechał. Nie był do końca pewien czy
chce wrócić na ścieżkę którą opuścił, gubiąc
miecz.
Lecz ziarno zostało zasiane. Zawiesił oko na ciele
nieznajomej. Obserwował chwilę. Zastanawiał się.
W końcu śmiejąc się z własnych słabości, zawołał.

- Musi być lekki jak pióro ze skrzydła archanioła
śmierci. Mieć w sobie zaklęty wiatr.

Mówiąc podchodził do niej.

- Jednym cięciem ma swobodnie przecinać człowieka na
pół nie grzęznąc w mięśniach czy kręgosłupie.
Musi być ostry i nigdy się nie zatrzymywać.

Zatrzymał się tuż przed nią i już bez rozbawienia
kontynuował opis.

- Klinga musi być długa. Co najmniej na dwa, dwa i
pół łokcia. Prosta i jednosieczna. Najlepiej czarna
jak noc. Rękojeść w czerwonej materii. Lubię te
kolory. Wiem też że jest stop o takiej barwie i
właściwościach które sprostałyby moim wymaganiom.
Taki był mój poprzedni miecz. Był taki jak ja.
Jeżeli uważasz że podołasz zamówieniu. Oddam Ci
całe moje złoto.

Zmrużyła oczy.

- Muszę się z tym przespać…

Wyglądała jakby się zastanawiała.

- I upić… Co najmniej ze dwa
razy… Na trzeźwo nawet w kowadło nie trafiam

Uśmiechnęła się filuternie.

- Potraktuję to jako
wyzwanie. Przez całą noc tylko ty jeden dałeś mi
odpowiedź której oczekiwałam.

Zadowolony z siebie wyszczerzył pożółkłe zęby.

- Bo tylko ja jeden potrafię docenić prawdziwy
kunszt. Gdy będziesz gotowa znajdziesz mnie w
tawernie. Wystarczy spytać o Storma. Mam nadzieję że
wyzwania traktujesz tak samo jak ja.

Skinął głową, patrząc przez chwilę nieznajomej prosto w oczy, po
czym odwrócił się aby odejść.

Nacięła sobie
nadgarstek małym, lecz ostrym nożykiem i
pozwoliła by kilka kropel krwi spadło na jej prawą
dłoń.

Po chwili wahania podała ją nieznajomemu, patrząc mu
wyczekująco w oczy.

- Nie.

Odwrócił twarz. Głos miał spokojny. Nie
było w nim gniewu ani żadnej innej emocji.

- On lubił pić krew… Ja nie.

Po chwili wahania ujął dłoń wampirzycy i zamknął ją.

- Nawet gdybym chciał, nie mogę. Moim przeznaczeniem
jest być po drugiej stronie barykady.

Odsunęła się jakby przygnębiona.

– Dotrzymam umowy.

Powiedziała cicho. Widać było że myślami jest gdzieś
indziej.

- Wykuję o nowiu… bo rysy będą…. światło
księżyca…

Zaczęła mówić szybko, jakby
tłumaczyła coś nowemu uczniowi.

- Zresztą nieważne…

Nie patrząc mu w oczy odsunęła się w
cień zaułka. Na ulicy pozostało kilka kropel gęstej,
smolisto-czerwonej krwi która wolno spływała z deszczem
do pobliskiego rynsztoka.

Zacisnął mocno zęby. Odwrócił się i odszedł.

- Gdybyś tylko wiedziała ile ja przelałem takiej krwi.

Pomyślał gorzko.

****

W kuźni było cicho tej nocy. Ogień dawno wygasł. Na podłodze walały się pergaminy upstrzone dziwnymi schematami i diagramami.

- Skrzydła archanioła… Lekki jak…

Mistrzyni wymruczała pod nosem wyjątkowo paskudne przekleństwo poruszające problem pochodzenia pewnych istot do dziesiątego pokolenia wstecz.

Na podłodze leżały sztaby wszelkich znanych metali. Oraz kilku innych, których nazwy były tak rzadkie że niewarte wspomnienia.

- Czerwony… Pal go licho… W nocy wszystkie koty są czarne…

Mistrzyni wyraźnie miała zły dzień.

Butelka po szczególnie śmierdzącym siarką krasnoludzkim spirytusie poturlała się w kierunku stojącej pod ścianą kosy. Dwa centymetry przed tym jak dotknęła jej ostrza, rozpadła się na dwie połówki.

- Tępy złom.

Wampirzyca prychnęła z pogardą i wróciła do swoich szkiców. Noc mijała.

****

…jeśli jednak stal wysokowęglową ogrzejemy do temperatury czerwonego żaru 750 – 800°C a następnie ostudzimy wystarczająco szybko, węgiel rozpuszczony w żelazie nie zdąży się wytrącić i pozostanie w postaci roztworu przesyconego. Kryształy takiego roztworu stałego mają znaczną twardość, tym większą, im więcej węgla zawierają. Tak ogrzana i ostudzona stal jest już mieszaniną czystego żelaza, niewielkiej ilości cementytu, oraz martenzytu. Została więc wzbogacona o igłokształtne, bardzo twarde kryształy. Maksymalną twardość stali uzyskujemy przy całkowitej ilości węgla rzędu 0,7-1,0%…

- To by rozwiązywało problem surowca.

Powiedziała do siebie z pewnym zastanowieniem.

Problem materiału do owinięcia rękojeści pozostawał jednak nierozwiązany…

W oparach alkoholu unoszących się w pracowni pojawiła się nagle myśl. Przebiegła jak spłoszona mysz przez mroczne zakamarki umysłu wampirzycy i utknęła w ciasnej pajęczynie niejasnych wspomnień i skojarzeń.

Mistrzyni podeszła do szafy i wydobyła stamtąd komplet nieco zatęchłej lecz wykonanej z najlepszego perforowanego jedwabiu, bielizny.

- Miała być do polerowania… Ale co tam…

Mruknęła do siebie usatysfakcjonowana swoim niecodziennym pomysłem.

Materiał był idealny – wystarczająco mocny by mógł się na nim powiesić średniego wzrostu krasnolud w pełnej zbroi płytowej i wystarczająco szorstki by nie ślizgały się po nim ręce. [czasami jego szorstkość wykorzystywano do innych celów ale Mistrzyni wolała nie wracać do czasów gdy musiała parać się mniej chwalebnym zajęciem]

- Skrzydła archanioła śmierci… Czego oczy nie widzą tego sercu nie żal…

Pomyślała z pewnym rozbawieniem.

Resztki czarnego koguta z wczorajszej kolacji powróciły do niej w przebłysku geniuszu jako kolejne rozwiązanie braków materiałowych.

- Pozostaje rozpalić ogień…

Pomyślał najbardziej sfeminizowany kowal w historii Amorionu i beknął donośnie.

****

szelest… blada twarz księżyca w długim, zagiętym ostrzu szelest… rudy błysk ognia z prawie wygasłego paleniska… szelest… delikatny ruch kościstych palców… szelest…

- JEDWAB SIĘ SKOŃCZYŁ.

Wampirzyca siedziała na podłodze kuźni wśród porozrzucanych sztab metalu i myślała nad czymś bardzo intensywnie.

- TĘPA BĘDZIE.

Mimowolny ruch bladych palców przy smukłym, bladym udzie… Czerwona podwiązka rzucona niedbale prze ramię….

- Ta jest ostatnia.

szelest…

Mijały dni.

****

Uderzenie młota. Niski, wibrujący ton, jak dźwięk dzwonu niosący się we mgle. Cisza. Kolejna sztaba zepchnięta wściekle z kowadła ląduje z brzękiem na klepisku.

- Martwa, znowu martwa.

Mistrzyni powoli kończył się zapas metalu. Zapas cierpliwości skończył się dawno temu.

- METAL NIE ŻYJE.

Wtrącił Śmierć.

- Ja też nie.

Logika tego stwierdzenia była niezaprzeczalna.

Uderzenie młota. Cisza. Czas mijał. Śmierć i dziewczyna zamarli. W najniższych częstotliwościach ultradźwięków coś się poruszyło. Powoli, niemrawo, jak skacowany krasnolud po październikowym święcie spirytusu, coś budziło się do życia. Czarna stal zawirowała. Gdzieś z dolnych rejestrów, tuż na granicy słyszalności popłynęła pierwsza oktawa melodii, ciężka i słodka jak krew niemowląt. Metal śpiewał.

Śmierć i dziewczyna słuchali z uwagą. Pieśń mówiła o wielu sprawach. W większości nieistotnych lub zapomnianych, ale nie była przecież przeznaczona dla ich uszu. Idea broni ukryta w niepozornym kawałku metalu wzywała swego przyszłego właściciela, gorączkowo nadając na kanałach nieprawdopodobieństwa.

Stuknęło stylisko kosy. Naostrzona jedwabiem i światłem księżyca klinga dołączyła swój ton do melodii. Duet zdążył odśpiewać dwie zwrotki i refren. Potem coś się wydarzyło.

- CZAS NA MNIE.

Powiedział Śmierć i mig błysnął. Oczywiście zdążył wrócić zanim ruszył się z miejsca, gdyż zwykł załatwiać swoje sprawy, gdy Czas miał przerwę na kawę, ale dobre maniery były częścią jego zawodu.

Stal zamilkła.

- Jak poszło?

Spytała wampirzyca.

****

Dziewczyny zapiszczały gdy stary mag uszczypnął którąś z nich w pośladek. Czarodziej zarechotał i zaniósł się kaszlem. Zmrużył oczy, a gdy je otworzył, zobaczył, że świat przybrał przyjemny odcień oktaryny.

- Chciałem dokończyć.

Zamarudził starzec.

- JESTEŚ BEZCIELESNY.

Stwierdził Śmierć.

- Czy to znaczy, że mógłbym….?

Nie dokończył. Śmierć poczuł ulgę.

- NIE.

- Szkoda.

Śmierć czekał. Rytuał wymagał od niego odpowiedzi na jedno fundamentalne pytanie. Zazwyczaj dotyczyło ono istoty bytu lub innych bzdur. Śmierć był bliski westchnięcia. Nie znosił filozofii.

- Czy to podwiązka?

Mag wpatrywał się głodnym wzrokiem w kawałek jedwabiu dyndający na stylisku kosy.

- TAK

Odpowiedział Śmierć.

- Aha.

Mag myślał, a przynajmniej starał się sprawiać takie wrażenie.

- MOŻEMY IŚĆ?

- Dokąd?

- W NIEBYT.

- Dlaczego?

- BO JESTEŚ ATEISTĄ.

Mag uśmiechnął się i rozpromienił w niebycie. Śmierć spojrzał na kosę. Podwiązka zniknęła. Śmierć zaklął szpetnie.

****

- Dziękuję.

Powiedziała dziewczyna.

-TO MOJA PRACA.

Starał się żeby zabrzmiało to neutralnie. Nie lubiła magów. Wiedział o tym.

****

Na kowadle leżała sztaba stali. Jarzyła się łagodnym blaskiem, przywodzącym na myśl węgle dogasające w ognisku. Mistrzyni poczuła gniew. Młot uderzył po raz pierwszy. I gniew spłynął na miecz, zimny i ostry jak światło poranka, bezlitosny jak kły na tętnicy szyjnej w ciepłą wiosenną noc.

Strach powrócił do niej obmywając ją lodowatą falą. Paraliżował i odbierał zmysły, a tchnienie płomienia leciało wprost ku niej. I młot uderzył ponownie. I ostrze nauczyło się czym był lęk. Posmakowało grozy śmierci, aż wiązania międzyatomowe zaprotestowały bezgłośnie, tuląc się do siebie i wzmacniając jego strukturę.

Przypomniała sobie nienawiść. I zabrzmiało trzecie uderzenie młota. I nienawiść spłynęła ku broni aż błękitna mgiełka na jej krawędzi nabrała barwy krwi. Noc była ciemna. Księżyc schował się w nowiu a rynsztok szemrał cichutko towarzysząc pechowcom w ich ostatniej drodze.

A ludzie gadali…

Podobno tej nocy z kuźni dobiegły cztery uderzenia młota. Ktoś słyszał płacz kobiety. Następnej nocy rynsztok poniósł o jedno ciało więcej. A ludzie dalej gadali…

****

Wysoka postać o bladym obliczu uniosła trzymany w kościstej dłoni przedmiot. Blask paleniska odbił się w wypolerowanym jak lustro smoczym ostrzu. Kobieta nie raczyła unieść głowy znad kowadła, w które miarowo uderzała ciężkim kowalskim młotem, ale przecząco pokręciła głową.

Uczeń dobył z głębin ciemnej szaty zwitek lekkiego jak puch białego jedwabiu i przejechał nim po ostrzu. Stal zaśpiewała cicho w odpowiedzi.

Mijały godziny.

Ostrze uniosło się ponownie. Było tak wąskie, że chwilami zdawało się znikać gdy obracał je w palcach.
Kościsty osobnik ponownie pytająco spojrzał na Mistrzynię.

- Wciąż za tępe.

Głos był cichy i spokojny lecz miał w sobie coś z szelestu jedwabiu na ostrzu sztyletu.

Postać wydała coś podobnego do westchnienia. Było to sporym wyczynem jak na kogoś kto nie posiadał płuc. Kościste palce wyciągnęły się ku drewnianej powale skąd zwieszały się bujne koronki pajęczyn.
Chwilę później pojedyncza, cieńsza od włosa nitka przesunęła się jękliwie po wypolerowanej stali.

Mijały dni.

Nie wyczuł jej gdy nadchodziła. Zaskoczył go zimny dotyk jej dłoni gdy wyjęła mu miecz z palców ale nie dał tego po sobie poznać. Przez szpary w koślawych ścianach chaty wdzierał się chłodny jesienny wiatr. Miecz jarzył się słabą błękitna poświatą. Ostrze buczało cicho gdy uderzające weń molekuły powietrza rozpadały się na cząstki podstawowe w milionach termonuklearnych eksplozji.

- Wciąż za tępe.

Szepnęła.

- JAK OSTRY MOŻE BYĆ MIECZ?

Wyrwało się z głębin czarnej jak noc szaty.

- Może być ostrzejszy niż teraz.

Odrzekła głosem całkowicie pozbawionym emocji

Wstawał świt.

Kobieta uniosła ostrze dokładnie w chwili gdy pierwszy promyk słońca popędził na spotkanie jej źrenic. Nieskończenie wąska smuga rozpędzonych kwantów uderzyła w ostrze.

/PA/
/NI/

/NIE/

/DA/
/SIĘ/
/NA/
/OS/
/TRZYĆ/
/NIC/
/NA/
/ŚWIE/
/TLE/
/DNIA/

…urwał…

Wampirzyca uśmiechnęła się lekko.

-Teraz jest ostry.

Wyszeptała.

Śmierć wzruszył ramionami i dokonał drugiego w tym tysiącleciu aktu heroizmu – westchnął…

****

Storm stał oparty o framugę drzwi. Wiedziała że zdoła ją odnaleźć.

- Przyszedłem uregulować rachunek.
Niewiele jest dzieł sztuki które są jednocześnie
narzędziami zagłady. Które niosą za sobą śmierć
i zniszczenie. Jak się czuje artysta którego ręce
przyczyniły się do powstania tak okrutnego piękna?

Powiedział to spokojnym głosem gdy ich spojrzenia spotkały się.

- Uznaj to za prezent… ale…

Zawahała się.

- Jeśli spotkasz na swej drodze pewnego maga, spraw by… odchodził dłużej…

Odwróciła się plecami.

- I…

Pieszczotliwi przejechała dłonią po stalowych
sztabach ułożonych w równe rzędy.

- …Wróć po nowe ostrze… Jeśli znowu zgubisz miecz…

Chyba się uśmiechnęła. Wyczuł to w jej głosie. Płócienny ubiór rzemieślnika przesunął się lekko. Dopiero teraz dostrzegł ślady po oparzeniach na jej karku i plecach. Przypomniał sobie że zwykły ogień nie zostawiał blizn na ciele wampira. Magia…

Mówił szybko, niemal szeptem lecz zdecydowanie. A głos miał pewny i
mocny, przepełniony silnym postanowieniem.

- Kim on jest i gdzie go mogę znaleźć?

Słowa popłynęły szybko jakby chciała je z siebie wyrzucić. Jakby chciała zapomnieć…

- Kiedyś zwano go Koret… Cięgiem w karczmie siedział
a dziewkom się naprzykrzał. Żywot pewno twardy ma
jak to u magów bywa…. Może żyje jeszcze… A może
i sczezł żeby mi rozkosz pomsty odebrać…

- Znam go. I wiem gdzie go znaleźć. Tak się akurat
składa że jest moim podwładnym.

Urwał i uśmiechnął się w niepokojący sposób.

- Przeznaczenie…

Spojrzał na wampirzycę a potem długo patrzył na ostrze które kołysało się u jego boku.

- Od samego początku pomyślałem że historia tego miecza jest niezwykła… Na
pewno nie chcesz sama odpłacić mu za to?

- Nigdy nikogo nie
zabiłam… Może kiedyś… W innym
miejscu i czasie…
On powitał mnie szyderstwem i krwią… Ty nadałeś
cel mojemu istnieniu…

- To że nie stało się na odwrót jest dziełem
przypadku.

Wiedźmin nie patrzył na nią. Był teraz bardzo daleko. Gdzieś krzyczało dziecko o białych włosach. Widział krew.Dużo krwi.

- Cokolwiek robi
człowiek, miliony jego kopii robi to
inaczej. Niektóre z nich giną. Nie można ich
ocalić, bo szansa nie działa w taki sposób. Jedyne,
co można dla nich zrobić, to być sobą, tu i teraz,
tak jak tylko potrafi się najlepiej.

Jej głos popłynął ku niemu jak łagodna bryza znad oceanu o którym zdążył zapomnieć. Ten głos odpędzał złe sny. Zwiastował koszmar bardziej rzeczywisty niż cokolwiek co mógł podpowiedzieć mu umysł.

Przymrużył lekko oczy.

- Szczytny cel… To ostrze znalazło już swoje
przeznaczenie. Zasmakuje krwi tego który Ci to
zrobił. Długo jeszcze będzie krzyczał, gdy
pokażę mu jego wnętrzności.

Zawahał się przez moment.

- Twórz dalej narzędzia śmierci, a ja będę ich
używał.

Skinął lekko głową, odwrócił się i wyszedł.

****

Po świecie nadal chodził wiedźmin.

A ludzie gadali…

Podobno w ciemnym zaułku znaleziono pewnego maga.
Podobno jego włosy były białe jak śnieg, a wrzask jaki dobył się z jego piersi można było usłyszeć w zimne jesienne noce na długo po tym jak zabrał go Śmierć.
Podobno miał w tym udział pewien wiedźmin.
Podobno na twarzy pewnej martwej kobiety wreszcie pojawił się uśmiech.
Podobno ci którzy stawali na drodze pewnego wiedźmina umierali jakby nieco szybciej.
Podobno gwiazdy wciąż były w porządku.

A ludzie gadali…

Podobno niektórzy gadali za dużo, a ich ciała spływały później rynsztokiem pewnego miasta.
Podobno Śmierć zabierał pewnego maga nieco dłużej niż było to w jego zwyczaju.
Podobno miał z tym związek pewien miecz.

Ale ludzie gadali że był to miecz którego nie było…
I być może mieli rację…

——
Opublikowano za
zgodą admistratora polskiej wersji językowej Krystiana Kowola.

WordPress Themes